
Nacjonaliści z reguły zakładają, że internacjonalizm jest zaprzeczeniem (jako idea) i wrogiem (jako ruch polityczny) ich własnych ideałów. Wypowiadają się o nim z odrazą. Internacjonaliści manifestują identyczny stosunek do nacjonalizmu. Ale czy to aby na pewno właściwe postawienie sprawy?
Zupełnie inaczej zapatrywał się na to zagadnienie Zygmunt Cybichowski (1879-1946), polski politolog i znawca prawa międzynarodowego, politycznie związany z Ruchem Narodowo-Radykalnym (Falangą). Według Cybichowskiego „międzynarodowość” (internacjonalizm) uzupełnia „narodowość” (nacjonalizm), zamiast ją przekreślać. Internacjonalizm to nie „lewacka ideologia”, jak tonem świętego oburzenia powtarzają nieraz narodowcy i prawicowcy. Internacjonalizm obejmuje wszelkie formy zdrowej współpracy międzynarodowej, a także dążenie do nich i propagowanie ich. Międzynarodowe normy, zwyczaje, instytucje i organizacje rodzą się jednak w kontaktach między narodami. Aby mogło zaistnieć to, co międzynarodowe, wcześniej musi istnieć to, co narodowe. Sfera narodowa jest pierwotna względem sfery międzynarodowej. Internacjonalizm ma swe fundamenty w nacjonalizmie. To, co dziś nazywamy prawem międzynarodowym, od rzymskiej starożytności do XIX wieku określano mianem ius gentium, prawa narodów. Termin „prawo międzynarodowe” wprowadził do języka polskiego dopiero konserwatywny prawnik Franciszek Kasparek (1844-1903).
Internacjonalizm obejmuje wszelkie formy pożytecznej współpracy międzynarodowej, więc leży w interesie wszystkich narodów. Prawdzie tej nie mogą zaprzeczyć również nacjonaliści. Nikomu bowiem pożytku nie przyniósłby stan absolutnej izolacji i permanentnego konfliktu, w którym każdą rozbieżność czy kwestię sporną rozstrzyga się od razu mieczem i walką na wykończenie drugiej strony. Zdrowy nacjonalizm nie wyklucza zawierania korzystnych dwu- lub wielostronnych porozumień z innymi państwami. Więcej; dbałość o interes narodowy i dobrą pozycję własnego państwa oraz pielęgnowanie i chronienie tego, co szczególne dla nas, partykularne (tożsamości narodowej) nie przekreślają istnienia pewnego horyzontu uniwersalnego: wspólnych interesów wszystkich państw (takich, jak choćby samo pokojowe współistnienie) i potrzeby uznania powszechnego braterstwa ludzi (objawionego przez chrześcijaństwo, ale zrozumianego i przez pogańskich stoików Rzymu). Obie te płaszczyzny łączy internacjonalizm, któremu na różne sposoby torowali drogę Ludwik Zamenhof, Aleksander Lednicki, Richard Coudenhove-Kalergi czy indonezyjski prezydent Sukarno (jako promotor doktryny pańcza szila w polityce międzynarodowej) i nie sposób zanegować zasadniczo słusznej intencji tkwiącej w ich dziele. Poparcie dla dobrze pojętego internacjonalizmu nie każe natomiast wyrzec się pierwszoplanowej lojalności wobec państwa narodowego. Claude-Henri de Saint-Simon, pomysłodawca parlamentu europejskiego i „patriotyzmu europejskiego”, pragnął objąć wspólnym porządkiem politycznym całą Europę, a następnie cały świat. Swoje idee wyłożył jednak w pracy „Partia narodowa albo industrialna a partia antynarodowa”, wyraźnie stawiając się po stronie tej pierwszej. Dopiero ten, kto opowiada się za realizacją celów ponadnarodowych nawet wówczas, gdy przynosi to szkody jego wspólnocie narodowej, głosi nie internacjonalizm, lecz dyskwalifikujący moralnie kosmopolityzm. I tak na przykład o ile powojenny blok wschodni z jego strukturami integracyjnymi był, przy wszystkich swoich ułomnościach, projektem internacjonalistycznym, mocno opartym na współpracy nacjonalizmów państwowych i względnie autarkicznych gospodarek narodowych, o tyle postzimnowojenna Unia Europejska jest już projektem kosmopolitycznym, ufundowanym na liberalnej utopii uszczęśliwienia jednostek przez zniszczenie realnych wspólnot, do jakich należy człowiek (rodziny, Kościoła, kraju, narodu, państwa).
Wreszcie, odnotujmy na koniec, iż podejmowane szereg razy w praktyce tworzenie międzynarodówek nacjonalistów także stanowi – dość oczywisty – przejaw internacjonalizmu. I nie ma w nim żadnej sprzeczności. Kto sam szanuje i ceni własny naród, lepiej zrozumie innych, którzy szanują i cenią swoje. Aby uchronić swe polityczne myślenie przed jednostronnym obrazem świata, nacjonaliści powinni zarazem stać się internacjonalistami, a internacjonaliści – nacjonalistami.
Adam Danek, 21 sierpnia 2015
