Skip to content
Kaminski.re
Menu
  • Kaminski.re – publicystyka polityczna
Menu

Adam Danek: Czy istnieje antyklerykalizm z prawa?

Posted on April 17, 2026 by Karol Kamiński

Odpowiedź na pytanie postawione w tytule może być tylko jedna: nie. Antyklerykalizm bowiem nie stanowi reakcji na takie czy inne incydentalne postawy duchownych. Jeżeli księża – co niestety się zdarza – ustąpią jakiejś kwestii przed krytyką antyklerykałów, ci natychmiast wyciągają z zanadrza nowy pretekst, by judzić przeciwko nim. Bo antyklerykalizm to nienawiść do księży za to, że istnieją, tak samo, jak autentyczny antysemityzm (powtarzam: autentyczny, a nie ten obsesyjnie odnajdywany wszędzie przez „Gazetę Wyborczą” i Ligę Przeciw Zniesławieniu) jest nienawiścią do żydów tylko za to, że istnieją. Antyklerykalizm wyrasta nie z wrogości do ludzi Kościoła, lecz do Kościoła jako takiego. I poczułby się zaspokojony w swoich żądaniach dopiero gdyby religia zniknęła z tego świata. Do podstawowych postulatów i zarazem zadań prawicy należy obrona obecności i wpływów religii w zbiorowym życiu społecznym, w tym w przestrzeni publicznej, toteż możliwość zaistnienia prawicowego antyklerykalizmu jest w oczywisty sposób wykluczona. Jednak nawet najbardziej zadeklarowani klerykałowie (zalicza się do nich piszący te słowa) w określonych okolicznościach uznają potrzebę sprzeciwu wobec nieuzasadnionych i niewłaściwych – ale tylko takich – prób wywierania nacisku na rozstrzygnięcia polityczne przez kościelnych dostojników. Taki sprzeciw podnosić mogą, a niekiedy wręcz muszą, nawet katoliccy przywódcy czy politycy.

Ulubione przez lewicę utożsamianie Kościoła z konserwatyzmem nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Ani konserwatyzm nie polega na bezkrytycznym słuchaniu hierarchii kościelnej we wszelkich sprawach, ani też Kościół nie hołduje politycznemu konserwatyzmowi. Gdyby hołdował, nie dochodziłoby w historii do takich przypadków, jak obalenie konserwatywnego namiestnika Galicji, Michała Bobrzyńskiego, przez miejscowy episkopat w 1913 r. Bobrzyński zajmował to stanowisko od 1908 r. i przez cały okres swego urzędowania był z różnych względów solą w oku endecji, rosnącej w siłę w galicyjskiej stolicy, Lwowie. Do największych sukcesów endeków należało pozyskanie arcybiskupa Józefa Teodorowicza, metropolity lwowskiego obrządku ormiańskiego, który nie tylko całkowicie utożsamił się z celami politycznymi ich ruchu, ale stał się wręcz gorliwym działaczem partyjnym Narodowej Demokracji. A ta chciała doprowadzić do odejścia Bobrzyńskiego. Arcybiskup włączył się więc czynnie w walkę i intrygowanie przeciw namiestnikowi, nastawiając przeciw niemu pozostałych katolickich biskupów w Galicji. Za pretekst do ataku posłużyła sprawa projektu reformy ordynacji wyborczej do galicyjskiego Sejmu Krajowego z 1913 r. Prace nad tym projektem ciągnęły się od kilku lat, jednak do tej pory biskupi w ogóle nie wypowiadali się na ich temat. Teraz wkroczyły w decydującą fazę. Namiestnik dwoił się i troił, starając się przy skomplikowanym, kurialnym systemie wyborów wypośrodkować w zapisach projektu interesy poszczególnych grup w galicyjskim społeczeństwie, a jednocześnie sprawić, by projektowana reforma nie przyniosła zmian rewolucyjnych w stosunku do status quo. Krótko przed planowanym głosowaniem nad projektem w Sejmie lokalny episkopat, podmówiony przez księdza Teodorowicza, ogłosił list, w którym oskarżył zwolenników projektu – a wszyscy wiedzieli, że pilotował go namiestnik – o wywrotowe intencje. Biskupi napisali w swoim liście: „Ten projekt reformy wyborczej budzi najpoważniejsze zasadnicze obawy i zagraża zalewem radykalizmu zarówno niebezpiecznego dla praw religii i etyki, jak i dla związanej z nimi nierozdzielnie kultury narodowej. Wszelki radykalizm czy to polityczny, nie cofający się przed zdeptaniem choćby najświętszej zasady etycznej, byleby jeno dojść do swego celu, czy też społeczny, idący pod sztandarem waśni klasowych i nienawiści, godzi w same podstawy ustroju społecznego i moralności publicznej i niechaj nikt nam nie mówi, że to się nie sprzeciwia zasadzie katolickiej.” Cios okazał się celny. Bobrzyński, osobiście człowiek pobożny, był wstrząśnięty tak poważnym oskarżeniem przed opinią publiczną przez pasterzy Kościoła. Nie chcąc wchodzić z nimi głośno w polemikę, bo udowodnienie bezpodstawności zarzutów groziłoby ośmieszeniem biskupów i narażałoby ich autorytet, podał się do dymisji. Galicyjscy endecy tryumfowali. Po rezygnacji Bobrzyńskiego jeszcze tego samego roku nowy namiestnik Witold Korytowski, bezbarwny politycznie w porównaniu z poprzednikiem, przeprowadził pomyślnie przez Sejm projekt reformy ordynacji wyborczej, który od projektu wypracowanego przez Bobrzyńskiego nie różnił się niczym poza kosmetycznymi poprawkami poczynionymi dla pozoru. Tym razem jednak biskupi nie dopatrzyli się w nim wywrotowych ani antyreligijnych idei.

Już w niepodległym państwie polskim arcybiskup Teodorowicz został posłem na Sejm Ustawodawczy z ramienia endeckiego Związku Ludowo-Narodowego. W okresie międzywojennym duchowni bywali posłami i senatorami również Chrześcijańskiej Demokracji (ks. Stanisław Adamski, ks. Zygmunt Kaczyński), a nawet radykalnej lewicy chłopskiej (ks. Eugeniusz Okoń), ale ks. Teodorowicz był jedynym biskupem zasiadającym w parlamencie, a przy tym wyróżniał się energicznym uczestnictwem we frakcyjnych rozgrywkach. Nuncjusz papieski w Warszawie, Achille Ratti, bezskutecznie próbował wyperswadować mu zabawę w partyjnictwo, dlatego pozostawali ze sobą w złych stosunkach. Papież Benedykt XV, zaniepokojony szkodami, jakie wyrządził Kościołowi trzyletni udział hierarchy w parlamentarnych przepychankach, w sierpniu 1922 r. ogłosił „List do biskupów polskich”, w którym podkreślił, że „biskupi i duchowieństwo nie powinni się wikłać w sprawy polityczne”. W tym samym roku zmarł, a jego następcą w Rzymie został Ratti, przyjmując imię Piusa XI. Gdy jesienią 1922 r. arcybiskup Teodorowicz i metropolita krakowski, kardynał Adam Sapieha, dostali się do Senatu z listy endeckiej „Chjeny”, Pius XI nakazał im zrzec się mandatów natychmiast po wyborach. Jak widać, nawet zupełnie prawowierni katolicy mogą mieć powody, by protestować przeciw niecelowemu „mieszaniu się księży do polityki”.

Obok lokalnych episkopatów także Stolica Apostolska atakowała konserwatystów, nieraz w dotkliwy dla nich sposób. Do najbardziej znanych przykładów należy wyklęcie przez papieża monarchistycznej Akcji Francuskiej w 1926 r. Wynikło ono z okoliczności politycznych, nie z pobudek doktrynalnych. Za inicjatora potępienia AF uchodzi Aristide Briand, jeden z najbardziej wpływowych polityków doby III Republiki. Jako premier Francji Briand realizował tzw. politykę lokarneńską, to jest ideę historycznego porozumienia z Niemcami po dwóch wielkich wojnach (1870-1871, 1914-1918) i kilkudziesięciu latach nieprzerwanej wrogości, a docelowo – zorganizowania Paneuropy w oparciu o oś Paryż-Berlin. Dynamicznie działająca Akcja Francuska występowała nie tylko przeciw demoliberalnemu ustrojowi i dalszym rządom republikańskiej klasy politycznej. Jako ruch nacjonalistyczny i antyniemiecki była też najostrzejszym krytykiem polityki lokarneńskiej. Chcąc pozbawić ją oparcia w ludzie, Briand zagroził Stolicy Apostolskiej, że jeśli nie zakaże wiernym popierania AF, antyklerykalna Republika powróci do najostrzejszych represji wobec Kościoła z lat 1900-1914. Szantaż się udał. W sierpniu 1926 r. arcybiskup Bordeaux, kardynał Paulin-Pierre Andrieu, zaatakował monarchistów na łamach diecezjalnego tygodnika. „Ateizm, agnostycyzm, antychrystianizm, antymoralizm indywidualny i społeczny, konieczność (jeśli się żywi nadzieję przywrócenia ładu) restaurowania poganizmu, jego przemocy i okrucieństwa – oto, moi drodzy, to, co przywódcy Akcji Francuskiej zalecają swoim adeptom, a zatem to, od czego słuchania trzeba wam się powstrzymywać. (…). Katolicy z wyrachowania, lecz nie z przekonania, ludzie, którzy posługują się Kościołem lub przynajmniej mają nadzieję Go wykorzystać, lecz nie chcą służyć Mu, jako iż odrzucają boskie przesłanie, którego propagowanie jest zadaniem Kościoła.” – grzmiał hierarcha*, konkludując, że katolik nie może należeć do Akcji Francuskiej. Zaskoczenie monarchistów wzrosło, gdy na początku września katolicki dziennik „La Croix” opublikował list papieża Piusa XI wspierający stanowisko kardynała Andrieu. Po wymianie serii artykułów prasowych między monarchistami, którzy próbowali odpierać zarzuty, a organem prasowym Stolicy Apostolskiej „L’Osservatore Romano”, który je ponawiał, w grudniu 1926 r. papież już wprost zakazał katolikom członkostwa w AF, a następnie potępił wydawane przez nią czasopisma i książki jej przywódcy Charlesa Maurrasa. W marcu 1927 r. Watykan ogłosił konkretne sankcje karne. Członkowie Akcji Francuskiej, a także jej niezrzeszeni sympatycy i prenumeratorzy jej prasy zostali pozbawieni dostępu do wszystkich sakramentów, a ich pogrzeby nie mogły się odtąd odbywać w obrządku katolickim. Księża czytający prasę AF automatycznie podlegali suspensie. Postanowienia te były egzekwowane z całą surowością. Czytelnikom pism Akcji Francuskiej, choćby nie należeli do samej organizacji, odmawiano rozgrzeszenia nawet w obliczu śmierci. Kardynała Louisa Billota pozbawiono godności kardynalskiej i zamknięto do końca życia w klauzurze za to, że próbował listownie pocieszyć kierownictwo AF. Bezwzględna walka Stolicy Apostolskiej z monarchistami trwała trzynaście lat, dopóki żył Pius XI. W 1939 r. nowy papież Pius XII zdjął z Akcji Francuskiej ekskomunikę i wszystkie kary. Była to jedna z jego pierwszych decyzji po wstąpieniu na tron Piotrowy. Szantaż Brianda nie dał zresztą zamierzonych rezultatów: w latach 1926-1939 pomimo podwójnych represji – ze strony rządowej i kościelnej – Akcja Francuska nie tylko nie osłabła, ale urosła w siłę, rozbudowując swoje struktury i poszerzając bazę członkowską.

Polityczne decyzje Piusa XI wyrzuciły z Kościoła francuskich monarchistów, ale ruch katolicki w innym kraju skazały na zupełnie dosłowną rzeź. Taki bowiem był finał wojny, jaką meksykańscy „chrystusowcy” toczyli w latach 1926-1929 w obronie Kościoła z masońskim (wcale nie w przenośni) rządem Plutarca Elíasa Callesa, dążącym do fizycznego wyrugowania katolicyzmu z Meksyku. Cristeros odnosili w niej militarne sukcesy, dopóki rząd nie zaproponował im obłudnie rozejmu, a Stolica Apostolska nakazała przyjąć ofertę i złożyć broń pod groźbą ekskomuniki za nieposłuszeństwo. Meksykański rząd kupił interwencję papieża za obietnicę wstrzymania prześladowań Kościoła i przywrócenia swobody kultu. Jednak kiedy tylko cristeros się rozbroili, strona rządowa zgładziła około pięciuset dowódców ich oddziałów oraz dziesięciokrotnie większą liczbę szeregowych powstańców. Wróciły prześladowania religijne na pełną skalę, prorządowe bojówki bezkarnie mordowały księży i świeckich działaczy katolickich.

W obu przypadkach – francuskim i meksykańskim – decyzja Stolicy Apostolskiej, poparta surowymi sankcjami kościelnymi, była skutkiem politycznych nacisków sił zewnętrznych wobec Kościoła i bynajmniej Mu nie życzliwych. Czy w takich sytuacjach, zdając sobie sprawę ze wspomnianych okoliczności, katolik może traktować stanowisko Watykanu poważnie i czuć się nim związanym? Wciąż brakuje dobrej odpowiedzi na to pytanie.

W bliższych nam czasach nie mniej wątpliwości budzi udział Kościoła w tzw. „demokratycznych rewolucjach”, czyli demontażu miejscowych dyktatur pod hasłem zaprowadzenia demoliberalizmu na wzór zachodni. To również polskie doświadczenie. W 1989 r. lokalny episkopat poparł przemiany ustrojowe spod znaku „okrągłego stołu”, w którego obradach jako jego delegaci brali udział arcybiskup Bronisław Dąbrowski i ks. Alojzy Orszulik. Następnie struktury kościelne czynnie wsparły kampanię wyborczą „Solidarności” przed czerwcowymi wyborami. Na skutki nie trzeba było długo czekać: po krótkich, paromiesięcznych rządach katolika Tadeusza Mazowieckiego premierem został antyklerykał Jan Krzysztof Bielecki. Można dziś jedynie spekulować, jak potoczyłaby się historia, gdyby episkopat, zamiast udostępniać kościoły dla celów agitacyjnych różnym Geremkom, Kuroniom i Michnikom obnoszącym aureole „opozycyjności”, udzielił raczej wsparcia przez lata trzymanym przez siebie na dystans prorządowym środowiskom katolickim (Stowarzyszenie Pax, Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne, Polski Związek Katolicko-Społeczny) i nie angażował się w instalowanie nad Wisłą porządków demoliberalnych. Niemal w tym samym czasie w Afryce katoliccy biskupi zainicjowali opozycyjne wystąpienia przeciw rządom Mathieu Kérékou, byłego oficera wojsk spadochronowych, który w 1972 r. drogą zamachu stanu objął władzę w republice Dahomeju, przemianował ją na Benin, a następnie zamienił oficjalnie w „państwo marksistowsko-leninowskie”. Zainspirowane przez hierarchów w 1990 r. manifestacje „demokratycznej opozycji” przerodziły się w masowe zamieszki i zakończyły odsunięciem Kérékou od władzy w 1991 r. drogą „wolnych wyborów”. W Zairze miejscowy episkopat inicjował i popierał antyrządowe demonstracje wymierzone w dyktaturę marszałka Mobutu Sese Seko, obalonego ostatecznie w 1997 r. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że organizacja „demokratycznych rewolucji” pączkujących po rozpadzie bloku wschodniego stanowi odbicie wcześniejszej o ponad pół wieku, stalinowskiej strategii „jednolitych frontów” lub „frontów ludowych” (ros. fołksfrontów). Na VII kongresie Kominternu w 1935 r. Moskwa nakazała partiom komunistycznym kamuflować własne cele ideologiczne i montować przeciw antykomunistycznym rządom szerokie „jednolite fronty” oporu z udziałem socjaldemokratów, liberałów oraz „postępowych” środowisk chrześcijańskich. Lokalne hierarchie kościelne, włączając się, począwszy od 1989 r., w „demokratyczne rewolucje” wespół ze związkami zawodowymi, studentami, intelektualistami i partiami politycznymi, dały się wprzęgnąć w demoliberalne odpowiedniki stalinowskich „frontów ludowych”, sterowane tym razem nie przez Moskwę, a przez Zachód. We wszystkich wymienionych przypadkach po kilku latach życia w „cudzie demokracji” i przyniesionym przez niego chaosie ludzie zatęsknili za ancien régime’em sprzed „demokratycznej rewolucji”. W Beninie Kérékou został wezwany przez wyborców do ponownego objęcia rządów, które sprawował w latach 1996-2006. Kongijczycy nie mogli zawezwać Mobutu do władzy, ponieważ, od dawna schorowany, zmarł na wygnaniu tuż po jej utracie, lecz jego skromny grób w Maroku stał się obiektem prawdziwych pielgrzymek, a w 2013 r. władze Demokratycznej Republiki Konga podjęły decyzję o uroczystym sprowadzeniu jego doczesnych szczątków do ojczyzny. W Polsce, po czterech latach rujnujących dla społeczeństwa rządów solidarnościowych, wybory parlamentarne w 1993 r. odbyły się pod obiegowym hasłem „komuno wróć!”.

Ingerencja dostojników Kościoła w ściśle polityczne aspekty rządzenia państwem może okazać się kłopotliwa, czy wręcz wywrotowa – zdawali sobie z tego sprawę nawet najbardziej zagorzali konserwatyści i tradycjonaliści, dlatego i oni nalegali, aby w porządku politycznym hierarchia kościelna pozostawała w państwie czynnikiem poddanym panowaniu i nie aspirowała do rangi czynnika panującego. Wyrazistym przykładem jest tu François-Dominique de Reynaud, hrabia de Montlosier (1755-1838), polityk o poglądach nie tylko konserwatywnych, ale wprost reakcyjnych, zwolennik gallikańskiego modelu relacji między państwem a Kościołem. W epoce Restauracji wielokrotnie wygłaszał on z mównicy parlamentarnej jeremiady przeciw politycznym wpływom „partii księżowskiej”, czyli przeciw „Kongregacji, jezuitom, ultramontanom i systemowi najazdu księży”, których nazywał inaczej „czterema wielkimi plagami”*. W bliższych nam czasach, trudno posądzać generała Franco o brak katolickiej gorliwości, jednak gdy chodziło o kwestie związane z władzą państwową, i on stawał się nieustępliwy wobec hierarchów Kościoła. Przekonał się o tym zwłaszcza arcybiskup Tarragony, kardynał Francesc Vidal y Barraquer, w hiszpańskim episkopacie główny zwolennik współpracy katolików z Republiką i zarazem rzecznik niepodległości Katalonii, podczas wojny domowej zmuszony przez Franco do wyjazdu z Hiszpanii. Kataloński kardynał opuścił swoją archidiecezję i udał się do Rzymu na polecenie Piusa XII, wydane wskutek nalegań hiszpańskiego rządu. Papież ustąpił jednak niechętnie. Przez kilka lat po zakończeniu wojny na Półwyspie Iberyjskim domagał się od Madrytu zgody na powrót Vidala do ojczyzny. Lecz Franco pozostał nieugięty. W 1943 r. arcybiskup Vidal próbował postawić władze przed faktem dokonanym i wylądował na lotnisku w Barcelonie. Hiszpańskie służby nie pozwoliły mu opuścić samolotu i odesłały z powrotem. Kataloński hierarcha zmarł niedługo później w Szwajcarii.

Wszystkie powyższe fakty przytoczono dla zilustrowania prostej prawdy: droga polityczna wskazywana przez hierarchów Kościoła ani nie jest jedyną dopuszczalną, ani nie musi być najlepszą z możliwych w danej sytuacji. Także katoliccy politycy i katolickie rządy mają prawo występować przeciwko niej, jeśli trzeba – nawet ostro. W tym ostatnim stwierdzeniu nie ma nic kontrowersyjnego, gdy mamy w pamięci wizję państwa chrześcijańskiego, ale autonomicznego w zakresie swoich kompetencji, nakreśloną przez papieża Leona XIII w encyklice „Immortale Dei” (1885).

Problem poruszony w niniejszym artykule okazuje się aktualny także dzisiaj. Metropolita lwowski obrządku łacińskiego, arcybiskup Mieczysław Mokrzycki, przyznał niedawno w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej, że katolickie parafie na Ukrainie (obrządku zarówno greckiego, jak i łacińskiego) pomagają w werbunku ochotników do jednostek pacyfikacyjnych w Donbasie i zakupie dla nich sprzętu wojskowego. Proceder ten odbywa się więc za wiedzą i aprobatą kościelnej hierarchii. Ukraińscy biskupi najwyraźniej przyjęli oficjalny pogląd rządu w Kijowie, że Donbas jest tylko „zbuntowaną prowincją” (którą to już w historii świata?), a powstańcy nadal pozostają obywatelami Ukrainy i za bunt nie unikną kary. Czyli hierarchowie popierają działania ukraińskiego rządu podejmowane dla skuteczniejszego zabijania własnych obywateli. Duchowni w Polsce kilkakrotnie organizowali nabożeństwa będące modlitewną formą kibicowania ukraińskim oddziałom pacyfikacyjnym w Donbasie. Postawa tych kapłanów, również wysoko postawionych, dostarcza katolikom powodów do wstydu, oburzenia i protestu.

Adam Danek, 18 marca 2015

* Przeł. Jacek Bartyzel.

Leave a Reply Cancel reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Recent Posts

  • Adam Danek: Nie wolno upraszczać
  • Adam Danek: Bractwo Kapłańskie Świętego Spokoju
  • Adam Danek: Monarcha oświecony
  • Adam Danek: Głębie milczenia
  • Adam Danek: Zagadnienie ustroju

Recent Comments

No comments to show.

Archives

  • April 2026

Categories

  • Adam Danek
  • Karol Kamiński
  • Poezja
© 2026 Kaminski.re | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme