Jeśli wierzyć autorom podręczników akademickich, żyjemy w czasach rozkwitu filozofii polityki. Rzeczywiście, liczba pozycji wydawniczych poświęconych filozofii polityki od lat wzrasta w lawinowym tempie. Oznacza to najwyraźniej, iż rzeczywistość dostarcza coraz większej liczby istotnych problemów, z którymi filozofia polityki musi się zmierzyć. Nieprawdaż?
Ależ oczywiście. I tak współcześni filozofowie polityki debatują, czy w państwie powinno się urzeczywistnić „demokrację deliberacyjną”, „demokrację komunikacyjną” czy „demokrację agonistyczną”; spierają się, czy źródła moralności społecznej i prawa lepiej opisuje „sytuacjonizm”, czy „emotywizm”; piszą książki o „metanarracjach” i o „biopolityce”; zastanawiają się, czy prawo powinno realizować „zasadę maksyminu”, czy „zasadę miniminu”, a może „zasadę minimaksu”. I tak dalej.
Co właściwie kryje się za tym napuszonym słowotwórstwem? Otóż nic. W płodach współczesnej filozofii polityki trudno natrafić na jakąkolwiek uchwytną treść. W szczególności nie zawierają one, w przeciwieństwie do dzieł klasycznej filozofii polityki, żadnych propozycji dobrego ustroju. Jeżeli zaś już uchwytna treść się w nich pojawia, to sprowadza się ona do prób dorabiania uczenie brzmiących uzasadnień temu, co i tak istnieje bez nich, czyli reżimowi demoliberalnemu. To w zasadzie jedyny temat dyskusji dzisiejszych filozofów polityki, który wykazuje jakikolwiek związek z rzeczywistością; poza tym są to dyskusje o niczym, pozorowane dyskusje o fikcyjnych problemach. Ta monotematyczność w tak bujnie ponoć dziś rozkwitającej filozofii polityki może zresztą stanowić przejaw pozytywnego zjawiska. Być może świadczy ona o nasilaniu się tego, co – też przemądrzale – nazywa się kryzysem legitymizacji, czyli rosnącej potrzeby przekonania ludzi, że tak beznadziejnie głupi i pokraczny ustrój jak demoliberalizm powinien jednak istnieć. Świadczyłoby to wówczas, iż rządząca w nim klasa polityczna ma coraz większy kłopot z podtrzymaniem wiary w dobrodziejstwo własnych rządów. Być może zatem standardowe dotychczas uzasadnienie liberalnej demokracji („musi być demokracja, bo inaczej byłoby niedemokratycznie”) traci z wolna swą nieodpartą siłę perswazyjną.
Współczesna filozofia polityki przerodziła się w jedno z najwdzięczniejszych pól dla znanej od dawna tradycji pisarskiej, opartej na założeniu, że im bardziej niezrozumiale napisane i z im większym natłokiem trudnych wyrazów, tym bardziej naukowe i mądrzejsze, a przynajmniej takie wyda się ludziom – i oczywiście tym bardziej filozoficzne. Wzorzec ustanowił w tej dziedzinie niemiecki filozof Martin Heidegger. Jak głosi uniwersytecka anegdota, książki Heideggera ciężko przetłumaczyć nawet na język niemiecki, nie wspominając o przekładaniu ich na języki obce. Żyjącym nestorem wspomnianej tradycji jest obecnie siwowłosy Jürgen Habermas, człowiek nie do pobicia w kategorii bełkotu (choć konkurencja od dłuższego czasu nasila się). Ta ostatnia umiejętność gwarantuje mu, rzecz jasna, pozycję niekwestionowanego, światowego autorytetu w galerii filozofów polityki. Złośliwi zauważają, że wprawdzie Platon, jakkolwiek z pewnością mądrzejszy od współczesnych filozofów polityki (na dokładkę ezoteryk), pisał swoje dzieła językiem, którym dało się prowadzić rozmowę na spacerze. Ale to były inne czasy, a czasy obecne mają swoje wymogi. Dziś nawet filozof polityki o pogłębionym spojrzeniu i oryginalnej refleksji – w dodatku podobno platonik – aby zapewnić swoim przemyśleniom odpowiednią rangę w świecie, musi przedstawiać je w postaci ględzenia o „immanentyzacji eschatonu”. Praktyczne owoce współczesnej filozofii polityki doskonale podsumowuje formułka Witolda Gombrowicza „im mądrzej, tym głupiej” (Gombrowicz, choć sam grafoman, istotę wspomnianej tradycji pisarskiej ujął nader trafnie). Potężnej dawki paliwa tej pseudofilozoficznej manierze dostarczył postmodernizm, który – jak półgębkiem przyznał jeden z jego czołowych teoretyków Michel Foucault – „nobilitował bełkot”, przydając mu znamion metody filozoficznej.
Postawmy kropkę nad i: tak zwana szumnie współczesna filozofia polityki w ogóle nie jest filozofią. Podstawową funkcją filozofii pozostaje bowiem funkcja mądrościowa. Pisma mądrościowe, tworzone niegdyś przez prawdziwych filozofów, zawsze mają aspekt praktyczny: wskazują człowiekowi, jak żyć. Elukubracje dzisiejszych filozofów polityki nie posiadają żadnego aspektu praktycznego, ponieważ poza (niby) uczenie brzmiącym pustosłowiem nie zawierają żadnych konkretnych wskazań; nie są zatem pismami mądrościowymi.
Elaboraty współczesnych „filozofów polityki” są gadaniem o niczym, ponieważ polityka ze swej natury nie jest dziedziną opierającą się na oderwanych i abstrakcyjnych rozważaniach. Nie jest też nauką w rozpowszechnionym dzisiaj rozumieniu tego słowa (choć zwłaszcza Anglosasi, a za nimi ich fani-naśladowcy na całym świecie, próbują wtłaczać ją w takie ramy, klecąc pokraczny i bezużyteczny twór – political science). Polityka to typowa dziedzina, którą dawniej określono by mianem sztuki: ufundowana na wiedzy praktycznej. Biegłość uzyskuje się w niej przez długoletnie terminowanie. Nauka takiej dziedziny polega nie na czytaniu podręczników, lecz na przekazywaniu nabytych doświadczeń. Polityki, jak każdej sztuki, można (i trzeba) się uczyć, ale jedynie od ludzi, którzy sami znają ją dobrze z praktyki. Jak w każdej sztuce, dużą rolę w procesie jej nauczania odgrywa relacja mistrz-uczeń, a samo pobieranie nauk ma charakter stopniowego wtajemniczania w arkana dziedziny.
Powyższe uwagi płyną z przekonania, iż kadry polityczne we właściwie rządzonym państwie powinny być w pewien sposób kształcone; inaczej miałyby charakter jałowego krytykanctwa. Kształcenie to musi posiadać przynajmniej dwa aspekty. O nauce przez stopniowe nabywanie praktyki, najlepiej pod kierunkiem doświadczonego nauczyciela, była już mowa. Oprócz tego jednak polityka może być przedmiotem studiów, oczywiście nie w sensie chodzenia na quasi-szkolne zajęcia, lecz w sensie poznawania przydatnej literatury przedmiotu. Nasuwa się więc pytanie, jakiego rodzaju materiały powinny studiować przyszłe kadry polityczne. Wróćmy na chwilę do filozofii polityki. Pojęcie filozofii oznacza dosłownie „umiłowanie mądrości” lub „dążenie do wiedzy”. Filozofia polityki musi zatem oznaczać dążenie do osiągnięcia mądrości politycznej lub efektywnej wiedzy o mechanizmach polityki. Tę mądrość i wiedzę posiedli wyłącznie ci, którzy polityką się parali. Powtórzmy: polityki można się uczyć, ale nie od nauczycieli-akademików, a od nauczycieli-praktyków, tak, jak dawniej terminator uczył się rzemiosła (nie przez przypadek Ludwik XIV, wieloletni praktyk, swoje dzieło o sztuce rządzenia zatytułował „Rozważania o rzemiośle królewskim”). Podstawowego materiału do formacji umysłowej kadr politycznych dostarczają dzieła praktyków – polityków i funkcjonariuszy państwowych – a nie dzieła coraz bardziej modnych „filozofów polityki”. Dla przykładu „Książę” Machiavellego nie jest traktatem z „filozofii polityki”, za jaki uchodzi, lecz dziełem o technice sprawowania władzy napisanym przez kogoś, kto poznał jej tajniki od środka – i z tego właśnie wynika ponadczasowa wartość owej niewielkiej książki. Zdawano sobie z niej sprawę nawet w państwie sowieckim: za czasów Stalina wprowadzono „Księcia” jako zalecaną lekturę na kursie oficerskim w Armii Czerwonej.
Bazowy materiał do studiów i przemyśleń dla osób przygotowywanych do roli członków kadr politycznych powinny więc stanowić pamiętniki, wspomnienia i refleksje polityków oraz wszelkiego rodzaju państwowców. To koncepcja stara i dobrze znana, wszak już w starożytnym Rzymie lektura pamiętników mężów stanu była ważnym elementem wykształcenia politycznego. Rolę materiału pomocniczego odgrywać może biografistyka. Prześledzenie nawet jednego życiorysu postaci, która poświęciła życie polityce, pozwala często więcej pojąć z jej prawideł, niż przeczytanie setek albo i tysięcy stron pustosłowia ze stajni współczesnej „filozofii polityki”.
Adam Danek, 8 grudnia 2012
