14 lipca mija rocznica śmierci profesora Władysława Leopolda Jaworskiego (1865-1930). Po upływie osiemdziesięciu lat, w tym osławionego „roku 1989”, pamięć o znakomitym uczonym i polityku wydaje się nadzwyczaj słaba, zaś jego zaniedbany grób na krakowskim Cmentarzu Rakowickim przedstawia dość przygnębiający widok. A przecież w naszym kraju nie powinno brakować jego pomników ani ulic czy placów jego imienia.
W swoich spisywanych podczas II wojny światowej wspomnieniach Stanisław Cat-Mackiewicz(1896-1966) pisał o „potężnym mózgu profesora Jaworskiego, wodza epigonów stańczyków krakowskich”. Istotnie, gdy myśli się o tak zwanej szkole krakowskiej w polskim konserwatyzmie, samo przychodzi skojarzenie z hasłem „hodowli mózgów”, rzuconym przez Gottfrieda Benna(1886-1956). Pokoleniowa hodowla mózgów w salach uniwersytetu i politycznych gabinetach, u stóp Wawelu, w cieniu pamiątek wielkiej przeszłości – wielkiej i roztrwonionej. Szkoła krakowska to jednak nie tylko mózg, zimne spojrzenie badacza zagłębiające się w pogmatwanej historii, chłodna i beznamiętna kalkulacja polityczna; to również dusza. Tworzyli ją żarliwi katolicy: prof. Józef Szujski (1835-1883), prof. Stanisław Tarnowski (1837-1917), którego przyjmowali papieże bł. Pius IX, Leon XIII i św. Pius X, czy prof. Michał Bobrzyński (1849-1935), który Pismo Święte czytał wyłącznie po grecku, bo nie uznawał przekładów na języki narodowe. Młodszy o pokolenie Jaworski, wychowany w wieku pozytywizmu, przez większość dorosłego życia był niedowiarkiem; nawrócił się dopiero po pięćdziesiątce. I właśnie nawrócenie ukształtowało jego poglądy głoszone w ostatnim dziesięcioleciu życia, znane jako romantyzm prawniczy.
Jaworski był monarchistą. W epoce Galicji pod berłem Habsburgów najlepsze oparcie dla narodu widział w cesarzu. W 1912 r. podczas obrad Rady Państwa, wiedeńskiego parlamentu, mówił: „Nie czynimy różnic między polityką polską a dynastyczną polityką państwową.” Po odrodzeniu niepodległego państwa polskiego rozumiał jednak niemożność prostego powrotu do niegdysiejszych form politycznych. Dlatego poszukiwał konstrukcji ustrojowych, które pozwoliłyby temu, co wieczne i temu, co stare wyrazić się w tym, co nowe. Jak niewielu polskich zachowawców zasłużył na miano rewolucyjnego konserwatysty. Przejął na przykład od neopozytywisty Hansa Kelsena pojęcie „porządku prawnego”, ale zarazem zmienił jego treść – w ujęciu Jaworskiego porządek prawny to unowocześniona postać średniowiecznego ordo, nadprzyrodzony ład moralny, wcielony w normy prawa pozytywnego.
Wielu konserwatystów snuje w swoich dziełach ciekawe, lecz ogólnikowe rozważania, które dobrze się czyta, ale trudno z nich wywnioskować, jakie konkretnie rozwiązania należy aplikować do zastanej rzeczywistości. Jaworski swoje idee zamykał w najbardziej konkretnej postaci, jak to było możliwe – dopracowanych projektów ustawodawczych, gotowych do wprowadzenia na ścieżkę legislacyjną. Należy tu wymienić przede wszystkim dwa: „Projekt Konstytucji” (1928) i „Projekt Kodeksu Agrarnego” (1928), oba opatrzone obszernym komentarzem. Ten drugi został opracowany na zlecenie ministra rolnictwa i miał stanowić skodyfikowany zbiór wszystkich przepisów prawa rolnego w Polsce. Oba dzieła ujawniają głęboki antyliberalizm Jaworskiego. Ustrój ekonomiczny, jaki proponował autor, łączył w sobie elementy korporacjonizmu i agraryzmu. W centrum ustroju politycznego stał prezydent obdarzony prerogatywami tradycyjnych monarchów (a zdaniem niektórych krytyków koncepcji Jaworskiego nawet rozleglejszymi). Ponadto w propozycjach ustrojowych krakowskiego profesora wszechstronnie przejawiało się to, co nazwano potem jego „romantyzmem prawniczym”: konsekwentne podporządkowanie norm prawnych katolickim normom religijnym. Na marginesie warto wspomnieć o stosunku Jaworskiego do włoskiego faszyzmu. Myśliciel był wyraźnie zafascynowany niektórymi jego osiągnięciami, ale zarazem świadom jego istotnych wad i braków. Uważał, że Polacy zamiast kopiować cudzoziemskie pomysły powinni stworzyć w dziedzinie ustroju coś lepszego i własnego. I w sferze projektów to mu się, w ocenie piszącego te słowa, udało.
Rewolucyjny konserwatyzm to także antylegalizm: w 1926 r. Jaworski poparł przewrót majowy, co poróżniło go z innymi przywódcami Stronnictwa Prawicy Narodowej, nastawionymi legalistycznie Michałem Bobrzyńskim czy prof. Stanisławem Estreicherem (1869-1939). Jego koncepcjom towarzyszyło jednak zmienne szczęście. Projekt Kodeksu Agrarnego nie został ostatecznie uchwalony, projekt Konstytucji także nie, choć szereg pomysłów zawartych w tym ostatnim przeniesiono do Konstytucji RP z 1935 r., zwanej kwietniową.
Jaworski nie dożył jej przyjęcia. Zmarł kilka lat wcześniej wskutek przewlekłej choroby, z którą zmagał się od około trzydziestu lat, w tym w okresie swojej najbardziej wytężonej aktywności politycznej podczas I wojny światowej, gdy zajmował stanowisko prezesa Naczelnego Komitetu Narodowego. Z kolei niedługo po promulgowaniu Konstytucji kwietniowej odszedł do Pana twórca polskiej szkoły myślenia o silnej władzy, mentor Jaworskiego i jego o kilkanaście lat starszy przyjaciel – Michał Bobrzyński. Autor pośmiertnych wspomnień o obu tych mężach stanu, zaprzyjaźniony z nimi Stanisław Estreicher, zmarł z wycieńczenia w hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Oranienburgu, w ostatnich dniach tragicznego roku 1939.
Zastanawiające, że pokolenie szkoły krakowskiej, które odeszło w latach trzydziestych, pozostawiło tak niewielu uczniów. Spośród zdolnych adeptów jej konserwatywnej filozofii prof. Maciej Starzewski(1891-1944) zmarł podczas II wojny światowej, zaś prof. Konstanty Grzybowski (1901-1970) jeszcze przed wojną odszedł od konserwatyzmu ku lewicy. W ten sposób upadek państwa polskiego w 1939 r. – państwa, stojącego w centrum myśli konserwatystów krakowskich – po upływie siedmiu dekad zamknął dzieje szkoły politycznej, liczone symbolicznie od daty publikacji przez młodych zachowawców „Teki Stańczyka” (1869).
Jaka szkoda, że berło historycznego Stańczyka nie zachowało się do dziś. Wśród narodowych pamiątek w katedrze wawelskiej byłoby wymownym i zobowiązującym znakiem. Ale kaduceusz Stańczyka to idea, to byt myślny. Odkąd został wypuszczony przez zstępujących w groby, leżał zaniedbany przez następne siedemdziesiąt lat. Dzisiaj, kiedy polityczne ciężary i szale wagi znów są w ruchu, gdy wśród nich waży się los Polski, kto wreszcie podniesie kaduceusz? Kto znajdzie w sobie dość mocy, by go podźwignąć?
Adam Danek, 14 lipca 2012
