A, jak myślę, ze panowie
duza by już mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!
Stanisław Wyspiański, Wesele, akt I, scena 1

Politycy PiS wydają się złaknieni wielkiego czynu. Przynajmniej niektórzy spośród nich wyraźnie marzą o odegraniu doniosłej roli historycznej. Świadczy o tym choćby zakończony właśnie szczyt NATO w Warszawie wraz z poprzedzającym go długim festiwalem patetycznych deklamacji, że oto nadchodzi epokowe wydarzenie, że oto bierzemy udział w wielkich rozstrzygnięciach i współtworzymy je. (Efekt uzyskano w ten sposób żałosny, bo zapowiadany jako wiekopomny szczyt wypadł mało epicko – nie powiedziano na nim niczego, co nie było wiadome już wcześniej. Ziemia się nie zatrzęsła z wrażenia.).
Niezaspokojony głód czynu i wielkości znajduje ujście w niewyżytej gadaninie. Politycy PiS od dawna mówią i piszą, że Polska powinna objąć przywództwo w Europie Środkowo-Wschodniej, bo jest w niej „naturalnym liderem”. I takie mądrości wygłaszają w ich szeregach również tzw. ludzie poważni, nawet z belwederskimi profesurami (jak na przykład p. Ryszard Terlecki), a wieszczego nastroju zupełnie nie mąci im fakt, iż w Pradze, Bratysławie czy Budapeszcie na to „naturalne przywództwo” Polski patrzą z uprzejmym politowaniem, w Wilnie czy Kijowie śmieją się z niego do rozpuku, a w Mińsku puszczają mimo uszu jako wyziewy zakompleksionej impotencji.
Działacze obozu rządzącego dziś w naszym kraju wprost monotematycznie wskazują na wzór Viktora Orbána, który stojąc na czele niewielkich Węgier wywarł ogromny wpływ na europejską politykę i pokazał, co można zdziałać, będąc aktywnym i mając poczucie wartości własnego państwa. Polski rząd powinien być jak Orbán – mówią. A polski rząd nic w tym kierunku nie robi.
Tymczasem Polska mogłaby osiągnąć nie tylko tyle samo, co dzielny węgierski premier, lecz jeszcze więcej od niego, skądinąd obierając drogę dokładnie przeciwstawną temu, co dziś głosi Orbán. Mogłaby objąć rolę przywódczą nie w regionie, a w całej Europie. Koniunktura polityczna sama wkłada nam w ręce podarunek bogów. Możemy dokonać rzeczy, jakie historia zapamięta na zawsze, a wraz z nimi imiona przywódców naszego kraju. Stoimy na progu wielkości. Trzeba jedynie odważyć się na krok naprzód.
Ta boska niespodzianka to oczywiście Brexit. Po referendum w Wielkiej Brytanii, które wprawiło zachodnią oligarchię polityczną w panikę, wszyscy czekają teraz na „efekt domina”. Klasa rządząca – z zupełnie nie ukrywanym nerwowym niepokojem, ale społeczeństwa Europy – z nadzieją. Po drugiej stronie Bałtyku referendum w sprawie Swexitu domagają się Szwedzcy Demokraci. Nad Sekwaną o referendum w sprawie Frexitu woła coraz popularniejszy Front Narodowy. Na południu demoliberalna oligarchia niedawno triumfowała, że w ostatniej chwili udało jej się zatrzymać zwycięstwo „eurosceptycznej” Wolnościowej Partii Austrii w wyborach prezydenckich. I mina jej zrzedła, bo sfałszowane wybory zostały unieważnione, a FPÖ znowu staje do pojedynku o władzę. Unia Europejska zachwieje się, gdy ktoś da jej solidnego kopniaka.
Jeżeli rzeczywiście nastąpi „efekt domina” i kolejne państwa opowiedzą się za opuszczeniem Unii Europejskiej, dychawiczny potworek spłodzony przez Jeana Moneta i Józefa Hieronima Retingera tego nie przeżyje. To będzie rewolucja na skalę światową i przemieni się oblicze ziemi. A „efekt domina” nastąpi pod jednym warunkiem. Sprzeciw wobec dalszego znoszenia brukselskiego jarzma jest w poszczególnych państwach ruchem oddolnym. (Kosmo)polityczna oligarchia liczy, że jeszcze zdoła go wyhamować, jeśli solidarnie założy odgórną blokadę i podtrzyma przeświadczenie, że przeciwnicy Unii Europejskiej są swoich krajach odosobnionym marginesem. Wystarczy zrobić wyłom w tej solidarności. Wystarczy przerzucić mosty ponad granicami i otwarcie skrzyknąć przeciwników Unii na kontynencie.
Oligarchia liczy na zniechęcenie przeciwników UE, ale ci rozmnożą się, zewrą szeregi i ruszą do akcji ze zwielokrotnioną energią, jeśli ich sprawę bez osłonek poprze nie partia czy organizacja obywateli, a jedno z państw. Państwo, które stanie na czele ruchu zwróconego przeciw Unii Europejskiej, stanie się pierwszym rozgrywającym w Europie i ujmie w rękę jej losy. Nie ma powodów, by roli tej nie mogła odegrać Polska. Ale w tym celu zamiast z trawionymi polityczną miażdżycą reprezentantami głównego nurtu demoliberalizmu pokroju Merkel, Hollande’a i Junckera musi się ona sprzymierzyć z siłami jutra.
Wyobraźmy sobie – a jest to zupełnie wyobrażalne – że do Warszawy na zaproszenie rządu przyjeżdżają: Per Jimmie Åkesson ze Szwedzkich Demokratów, Marine Le Pen z Frontu Narodowego, Heinz-Christian Strache z Wolnościowej Partii Austrii, Frauke Petry z Alternatywy dla Niemiec i jeszcze ktoś z Ruchu Pięciu Gwiazd, domagającego się wyjścia Włoch ze strefy euro i powrotu do waluty narodowej. Że wszystkie te osoby wystąpią na wspólnej konferencji u boku polskiego premiera i razem z nim wezwą do likwidacji Unii Europejskiej jako tworu szkodliwego w swojej obecnej postaci. To byłby wstrząs dla Europy i całego globu, zapowiedź końca Unii i początku nowej ery, moment ponownych narodzin Polski na wielkiej szachownicy świata i jej powrotu w wielkim stylu do „podmiotowej polityki”, o jakiej często gadają ludzie PiS. Prasowa sztampa ustalona po brytyjskim referendum głosi, iż pogłębienie dzisiejszego kryzysu Unii Europejskiej będzie ogniem, z którego wszystkie kasztany wyciągnie Rosja. A dlaczego nie miałaby tego zrobić Polska?
Ale politycy PiS tego nie uczynią, bo oni nie służą Polsce, tylko Zachodowi, to znaczy zagranicy. Gdyby musieli wybierać między wystąpieniem z Unii Europejskiej i przywróceniem suwerenności naszemu państwu, a pozostaniem w Unii za cenę jawnego upokorzenie Polski i siebie samych, zawsze wybiorą to drugie.
Wielkość jest na wyciągnięcie ręki. Polska po raz pierwszy ma szansę naprawdę stać się mesjaszem narodów, stanąć na czele walki o ich wyzwolenie spod władzy unijnej międzynarodówki tyranów. Od wypełnienia tej dziejowej misji dzieli nas jedna przeszkoda – rządy PiS. Bo oni, zgodnie z bon motem, który sami lubili powtarzać za poprzednich rządów, „udają patriotów, a są zdrajcami”.
Adam Danek, 10 lipca 2016
