
To niezwykłe, jak paralelnie układają się losy postaci, które odegrały doniosłe role w dramacie dziejów. Biografie bohaterów żyjących w różnych epokach wykazują niekiedy zadziwiające podobieństwo. Przez warstwy historii przebija się ten sam wzór.
Józefowi Piłsudskiemu przeznaczone było przez lata kierować działaniami socjalistycznych rewolwerowców i sztyletników, choć przyszedł na świat w szacownej familii ziemiańskiej. Sam pisał na ten temat: „Urodziłem się na wsi, w szlacheckiej rodzinie, której członkowie, zarówno z tytułów starożytności pochodzenia, jak i dzięki obszarowi posiadanej ziemi, należeli do rzędu tych, co niegdyś byli nazywani bene nati et possesionati.” Ród Piłsudskiego wywodził się w prostej linii od litewskiego posła Gineta, sygnatariusza aktu unii Korony z Litwą na sejmie w Horodle w roku 1413. Piłsudski w wieku dojrzałym nazwał kiedyś sam siebie „paniczem z Zułowa”. Dobra zułowskie, gdzie się urodził, obejmowały ponad jedenaście tysięcy hektarów ziemi. A była to tylko jedna z posiadłości jego ojca – poza Zułowem należały do niego również Tenenie i Adamów w pobliżu Taurogów.
Jasir Arafat także odznaczał się wysokim pochodzeniem. Klan jego matki, al-Husajni, przez kilkadziesiąt lat sprawował w Jerozolimie władzę z ramienia tureckiego padyszacha. Arafat był siostrzeńcem Amina al-Husajniego, wielkiego muftego Jerozolimy, duchowego przywódcy lewantyńskich muzułmanów i wodza powstania Arabów przeciw brytyjskim władzom w latach 1936-1939.
Każdy z nich przewodził walce o niepodległość swojego narodu. I obaj zasłynęli w niej – nie bójmy się tego słowa – jako terroryści. Ostrzelanie rosyjskich żołnierzy podczas demonstracji na placu Grzybowskim (1904), zamach bombowy na generał-gubernatora warszawskiego Skałona (1906), kilkadziesiąt skoordynowanych zamachów na żandarmów i ich konfidentów znane jako „krwawa środa” (1906), napady na pociągi z rządowymi pieniędzmi pod Rogowem (1906) i Bezdanami (1908) – to przecież typowe akcje terrorystyczne. Jasir Arafat w swoim czasie również nie gardził terrorem jako metodą walki. Jego ludzie porywali samoloty, podkładali bomby, atakowali wojskowe i cywilne obiekty należące do Izraela, ostrzeliwali jego terytorium ogniem artyleryjskim z Libanu. Obaj liderzy, którzy zaczynali jako terroryści, doszli od rewolweru do najwyższych stanowisk. Terrorysta Piłsudski został Naczelnikiem Państwa, terrorysta Arafat – prezydentem Autonomii Palestyńskiej.
Żadna irredenta nie rozwija się do końca samorzutnie. Zwykle istotnym jej elementem okazuje się dyskretne wsparcie państw, z których interesami czy celami jest ona zbieżna. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, ani tym bardziej szokować, że Piłsudski w imieniu swojego ruchu zawierał porozumienia z wywiadami Japonii (1904-1905) i Niemiec (1914), kilkakrotnie zaś z wywiadem Austro-Węgier (1906-1914). Również Arafat przez Organizację Wyzwolenia Palestyny utrzymywał kontakty z wywiadami szeregu państw, głównie z bloku wschodniego, i uzyskiwał od nich wymierną pomoc dla OWP, zwłaszcza broń i instruktorów wojskowych.
Jak wszyscy przywódcy, Piłsudski i Arafat musieli stawiać czoło licznym wrogom swej sprawy oraz swej osoby. Ci natomiast, widząc od pewnego momentu, że nie zdołają już ich powstrzymać, wysilali się, aby zohydzić ich w oczach rodaków i przynajmniej w ten sposób ograniczyć ich wpływy. Endecka prasa wypisywała o Piłsudskim niestworzone rzeczy: że ma kochankę Żydówkę, że ukradł królewskie insygnia koronacyjne; podczas wojny polsko-bolszewickiej trąbiła, że Naczelnik Państwa utrzymuje sekretne połączenie telefoniczne z Kremlem, który wydaje mu polecenia. Natomiast izraelski Mosad, chcąc skompromitować Arafata w muzułmańskim świecie arabskim, rozsiewał plotki, iż wódz al-Fatah jest homoseksualistą. Oszczerstwa te przeżyły samego Arafata w postaci pojawiających się do dziś spekulacji, jakoby zmarł on na AIDS. Możliwość taką wykluczył jednak kategorycznie doświadczony tunezyjski immunolog, który opiekował się nim w ostatnich tygodniach jego życia.
Pomimo propagandowego obsikiwania nogawek przez rozsierdzonych przeciwników, którym nie udało się ich powalić, i Piłsudski, i Arafat urośli do rangi symboli narodowej walki o niepodległość. Żadne próby złośliwego czy zawistnego „odbrązawiania” już nigdy nie zdołały i nie zdołają odebrać im tego statusu.
Śmierć zarówno Piłsudskiego, jak i Arafata zabrała nagle, a przynajmniej tak to wyglądało w powszechnym odczuciu. Zauważalne pogorszenie stanu zdrowia każdego z nich nastąpiło szybko i względnie krótko przed zgonem. W obydwu przypadkach otoczenie zmarłego podejrzewało otrucie. Toczyły się dochodzenia.
Nawet w wyglądzie obu mężów stanu uwidocznił się ten sam wzór: prosty mundur z przydanym ludowym elementem. Sylwetka Arafata, w stroju wojskowym i z tradycyjną arabską kefiją na głowie, stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci na świecie. Piłsudski nie pokazywał się publicznie inaczej, niż w nieodłącznym siwym mundurze i nieprzepisowej, legionowej maciejówce (zaczerpniętej ze stroju chłopskiego). Jesienią 1925 r. ówczesny minister spraw wojskowych, generał Władysław Sikorski, zaprosił Piłsudskiego na organizowane właśnie na Wołyniu i Pomorzu wielkie manewry. Postawił przy tym warunek, że marszałek wystąpi na nich w regulaminowej rogatywce. Piłsudski nie zgodził się i na manewry nie przyjechał.
Na grobie Jasira Arafata mogłyby się znaleźć słowa polskiego wieszcza, które umieszczono na sarkofagu marszałka Piłsudskiego zgodnie z jego ostatnią wolą:
„Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu
Gniazdo na skałach orła, niechaj umie
Spać, gdy źrenice czerwone od gromu
I słychać jęk szatanów w sosen szumie.
Tak żyłem.”
Bo i on naprawdę tak żył.
Adam Danek, 16 marca 2014
