
Starożytny Rzym był przedmiotem podziwu i fascynacji wielu konserwatystów, którzy lubili podkreślać jego rolę cywilizacyjną w dziejach Europy i świata. Część z nich rolę tę wręcz absolutyzowała. Charles Maurras obwieszczał: „Jestem Rzymianinem, jestem człowiekiem: dwa twierdzenia identyczne.”. Gdzie indziej stwierdzał, że bez wszystkiego, co w organizację Kościoła wniósł rzymski pierwiastek kulturowy, chrześcijaństwo to tylko mętne pisma „czterech ciemnych żydów”. Feliks Koneczny uznał ukształtowaną przez Rzym „cywilizację łacińską” za najdoskonalszą cywilizację na ziemi, a historyczny postęp widział w wypieraniu (czyli niszczeniu) przez nią wszystkich pozostałych cywilizacji. Koneczny posunął się do stwierdzenia, iż etyka katolicka opiera się na pojęciach łacińskich – a więc to cywilizacja Rzymu jest właściwym źródłem chrześcijaństwa. Demoliberalna pipi-prawica dopatruje się w starożytnym Rzymie ojczyzny idei fundamentalnych dla jej wizji państwa, na przykład republikanizmu. Z drugiej strony, z całkowicie odmiennych pozycji pochwałę Rzymu głosił tak radykalny tradycjonalista, jak Julius Evola. Czy jednak rzeczywiście powody, by identyfikować się przede wszystkim ze spuścizną Rzymu, mają akurat konserwatyści i tradycjonaliści?
Oryginalną kulturę antycznego Rzymu cechowała dominacja tak zwanej dzisiaj „sprawiedliwości proceduralnej”, czyli dążenie do każdorazowego rozstrzygania sytuacji konfliktowych za pomocą formalnych i abstrakcyjnych norm prawa, a nie materialnej i konkretnej decyzji politycznej, właściwe później liberalizmowi. W kulturze rzymskiej ma więc swe praźródło zabójczy i krępujący legalizm, ojciec liberalnej idei „państwa prawa”, czyli idei wyparcia polityki przez regulacje prawne.
W rzymskiej kulturze prawnej prawo cywilne i prywatne dominowało wyraźnie nad prawem publicznym. Oznacza to dominację sfery partykularnych interesów nad sferą polityki, tak charakterystyczną dla późniejszej kultury mieszczańskiej, wyrosłej z handlarskiej mentalności samego mieszczaństwa. W języku pipi-prawicy stan ten wykłada się jako „prymat społeczeństwa nad państwem”, choć poprawniej należałoby mówić o prymacie indywiduów (dla pipi-prawicy: „jednostek”) nad wspólnotą polityczną. Pod względem wyemancypowania „jednostki” wzorzec cywilizacyjny Rzymu jaskrawo kontrastuje między innymi ze wzorcem słowiańskim. W kulturach słowiańskich życie człowieka od początku zakorzenione było silnie we wspólnotach i ciałach zbiorowych (gmina, zadruga, mir).
Z prawa rzymskiego wywodzi się następnie rozumienie prawa własności jako „prawa używania, czerpania korzyści i nadużywania” (ius utendi, fruendi et abutendi), zgodnie z którym właściciel może zrobić z przedmiotem własności wszystko, na co ma ochotę, a do sposobu, w jaki nim rozporządza, nie wolno wtrącać się nikomu innemu, zwłaszcza wspólnocie. Prawo własności to prawo do samolubnej eksploatacji, prawo do patrzenia tylko na czubek własnego nosa. Taka koncepcja własności po dziś dzień stanowi ideał liberałów i ich pomniejszych krewniaków ideologicznych. W prawie rzymskim ma więc swoje korzenie liberalny atomizm społeczny oraz powiązana z nim hedonistyczna i egoistyczna etyka użycia. Warto przy tym zaznaczyć, że rozumienie własności tak, jak została ona zdefiniowana w prawie rzymskim, nie jest bynajmniej jedynym możliwym. W germańskiej kulturze prawnej własność pojmowano jako depozyt, nakładając na właściciela powinność gospodarowania nią tak, by nie przynieść uszczerbku ani wspólnocie, ani dziedzicom w przyszłym pokoleniu. Nauka Kościoła uwypukla społeczną funkcję własności, przypominając, że z tytułu jej posiadania wypływają dla właściciela wielorakie obowiązki wobec innych członków społeczności, w której żyje.
Mentalność handlowo-transakcyjna przeniknęła nawet do życia religijnego Rzymu. Stosunek Rzymian do religii wyrażał się w słynnej zasadzie do ut des – „daję, byś dał”. Pragmatyczny Rzymianin postrzegał swe relacje ze światem boskim jako kontrakt, w ramach którego za cenę sprawowania kultu i składania ofiar kupował od bóstw spełnianie swych próśb. Rozumienie religii jako miłości do bóstwa, ezoteryzm, misteria były obce rzymskiemu typowi religijności. Z czasem jednak przeniknęły one do religii Rzymu z krajów wschodnich – z Grecji i Orientu. Przeobrażenie religii rzymskiej wywołane jej nasyceniem wschodnimi pierwiastkami duchowymi stanowiło dobroczynny skutek ekspansji imperium rzymskiego – jak zawsze, gdy niższa kultura podbija kultury wyższe i w rezultacie ulega ich wpływowi.
W powyższej charakterystyce starożytnego Rzymu, która każe zastanowić się nad sensownością peanów wypisywanych współcześnie pod adresem jego cywilizacji, nie ma skądinąd nic nowatorskiego. Na takie właściwości kultury rzymskiej trafnie zwracali uwagę już w pierwszej połowie XIX wieku rosyjscy słowianofile. Analizie wpływu cywilizacyjnego Rzymu szczególnie wiele miejsca poświęcił w swoich pismach Iwan Kiriejewski (1806-1856), którego poglądy na ten temat tak relacjonuje Andrzej Walicki:
„Pierwszą taką innowacją była rezygnacja z traktowania cywilizacji antycznej jako jednolitej całości. Racjonalizm stał się w tym nowym ujęciu cechą właściwą przede wszystkim cywilizacji rzymskiej. Starożytni Rzymianie, zdaniem Kiriejewskiego, uczynili logikę, abstrakcyjny rozum jednostki, jedyną miarą wszechrzeczy. Racjonalizm nie może wniknąć w wewnętrzną istotę rzeczy, jedynie zewnętrzne formy dostępne są poznaniu rozumowemu – dlatego też Rzymianie wsławili się głównie w dziedzinie prawa, a więc w dziedzinie zgubnego racjonalizowania i formalizowania żywej więzi społecznej. W starożytnym Rzymie społeczeństwo było jedynie zbiorem racjonalnie myślących jednostek kierujących się własną korzyścią, jednostek izolowanych, nie połączonych wspólnotą przekonań, wiary i obyczaju. »Rzymianin niemalże innej więzi międzyludzkiej niż więź wspólnego interesu, nie znał innej jedności niż jedność partii.« Jedynym regulatorem stosunków międzyludzkich była w tej sytuacji konwencja prawna, jedynym gwarantem jej przestrzegania była zewnętrzna siła w postaci aparatu państwowego; odwrotną stroną wewnętrznej dezintegracji była zatem integracja o charakterze zewnętrznym, zinstytucjonalizowanym i formalnym, oparta na przymusie i odczuwana jako przymus: »Więź oparta na przymusie związywała ludzi, ale nie jednoczyła ich.« Cywilizacja rzymska była cywilizacją sztuczną – nawet w języku łacińskim dopatrywał się Kiriejewski sztuczności, braku naturalnej swobody i żywej bezpośredniości ducha, przytłoczonego logicznością zewnętrznej konstrukcji gramatycznej. Sztuczną konstrukcją było również społeczeństwo rzymskie, stanowiące nie organiczną wspólnotę ludzką, lecz jedynie mechaniczny agregat jednostek.”[1]
Do analogicznych wniosków doszedł inny czołowy słowianofil, Aleksiej Chomiakow (1804-1860):
„Rzym, założony przez uchodźców z Lacjum, był jego zdaniem miastem bez przodków i bez tradycji, »mężem dojrzałym, egoistą bez rodowodu w tłumie plemion przeżywających okres dzieciństwa«. (…). Religią Rzymu była prawda zewnętrzna, martwy, formalny kult prawa; religia była tam instytucją państwową, samo państwo zaś uosabiało ideę korzyści, stając się w ten sposób swego rodzaju prototypem burżuazyjnych państw nowoczesnej Europy. W Rzymie ukształtował się również nowoczesny utylitarystyczno-indywidualistyczny typ osobowości oraz koncepcja »kontraktu społecznego, wzniesionego na stopień prawdy bezwzględnej, nie potrzebującej żadnej sankcji.«”[2]
Nie cały jednak dorobek kulturowy Rzymu zasługuje na tak surową ocenę. Z czasem bowiem jego cywilizacja ulegać zaczęła istotnym zmianom. Wspomniane wcześniej nasycenie religii rzymskiej pierwiastkami wschodnimi to tylko jeden z elementów hellenizacji i orientalizacji cesarstwa rzymskiego, przypadającej na trzy ostatnie wieki jego istnienia w Europie. Grunt pod zwycięstwo wschodnich wpływów duchowych w cesarstwie przygotowało panowanie dynastii syryjskiej (193-235)[3], założonej przez Septymiusza Sewera, który jako dowódca legionu IV scytyjskiego, stacjonującego pod Antiochią, w 187 r. poślubił – a później uczynił cesarzową – Julię Domnę, córkę arcykapłana bóstwa solarnego z Emesy syryjskiej. Cały dwór Sewerów żywo interesował się doktrynami tajemnymi, orfizmem, hermetyzmem, neopitagoreizmem i kultami Wschodu. Ostatni cesarz z dynastii syryjskiej, Aleksander, przechowywał na przykład w swoim lararium wizerunki Orfeusza, Apoloniusza z Tiany, Abrahama i Chrystusa. Orientalizacja cesarstwa pod względem politycznym to dzieło Dioklecjana (284-305) – cesarza, który utrzymywał dwór i rezydował nie w Rzymie, lecz w azjatyckiej Nikomedii. Dioklecjan zlikwidował podtrzymywane niemal przez trzysta lat pozory republiki, zastępując je systemem dominatu, wzorowanym na orientalnych monarchiach hellenistycznych. Z chwilą, gdy Konstantyn Wielki uczynił religią stanu chrześcijaństwo – religię przybyłą ze Wschodu – proces orientalizacji i hellenizacji imperium rzymskiego dopełnił się.
Hellenizacja cesarstwa rzymskiego dobiegła końca w IV wieku, lecz już w 476 r. zhellenizowane cesarstwo upadło na Zachodzie. Kultura wyrosła z syntezy pierwiastków rzymskich, greckich i orientalnych przetrwała na Wschodzie, w Bizancjum. Już jednak w VI wieku daje się zauważyć trend ku ponownej romanizacji wschodniego cesarstwa. Rozpoczęła się wówczas, jak opisuje to bizantynolog Kazimierz Zakrzewski, „walka o wychowanie prawnicze, rzymskie” prowadzona „przeciwko wychowaniu filozoficznemu i greckiemu” przez cesarza Justyniana I[4]. Władca ten dążył do usunięcia wpływów grecko-azjatyckiej kultury hellenistycznej w imię powrotu do czystego wzorca cywilizacyjnego Rzymu. W 529 r. pod pretekstem walki z pozostałościami pogaństwa Justynian zlikwidował najbardziej autorytatywny ośrodek mistycznej filozofii neoplatońskiej – Akademię w Atenach. Damaskios, ostatni scholarcha Akademii, jego pomocnik Simplikios i inni wykładowcy musieli emigrować z cesarstwa na perski dwór Sasanidów.
Część konserwatystów oraz nacjonalistów za wyłączną podstawę naszej duchowej tożsamości uważa stworzoną przez starożytny Rzym „cywilizację łacińską”. Nie doceniają oni równie mocno, a nawet wcale, znaczenia kultury słowiańskiej, germańskiej czy celtyckiej, których regionalne odmiany stanowią rzeczywiste źródła tożsamości poszczególnych narodów Europy. Mają też skłonność do utożsamiania katolicyzmu z „cywilizacją łacińską” i spuścizną Rzymu, co jest fałszem. Katolicyzm nie wywodzi się ani z cywilizacji rzymskiej, ani z żadnej innej ziemskiej cywilizacji, lecz z boskiego Objawienia, a jako religia uniwersalna może i ma objąć i przeniknąć wszystkie cywilizacje. Te same środowiska przedstawiają degenerację nowoczesnych społeczeństw Zachodu jako efekt oderwania się przez nie od własnych rzymsko-łacińskich korzeni. W świetle powyższych spostrzeżeń nasuwa się raczej pytanie, czy nowoczesny „zgniły Zachód” swymi najgłębszymi korzeniami nie tkwi właśnie w cywilizacji rzymskiej. Być może zupełną rację mają ci konserwatyści, którzy w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych widzą Rzym naszych czasów[5]. Ale to żaden powód, by zachwycać się ani dzisiejszymi Stanami Zjednoczonymi, ani niegdysiejszym Rzymem.
Adam Danek, 31 maja 2013
[1] Andrzej Walicki, W kręgu konserwatywnej utopii. Struktura i przemiany rosyjskiego słowianofilstwa, Warszawa 2002, s. 98-99.
[2] Tamże, s. 156.
[3] Cesarze: Septymiusz Sewer (193-209), Lucjusz Septymiusz Geta (209-212), Septymiusz Karakalla (212-217), Heliogabal (218-222), Aleksander Sewer (222-235).
[4] Kazimierz Zakrzewski, Historia Bizancjum, Kraków 2007, s. 72.
[5]„Ameryka Busha-juniora jest beż żadnych wątpliwości Rzymem naszego czasu; jej prezydent przemawia i decyduje dokładnie tak samo, jak Oktawian August, czy inny rzymski imperator: władczo, majestatycznie i z niezachwianą pewnością o swojej racji; nieubłaganie dla wrogów, karcąco dla podejrzewanych o nielojalność i łaskawie dla posłusznych, którym pozwala wspaniałomyślnie nazywać się »braćmi i kuzynami cesarza«, choć i on, i oni doskonale wiedzą, że są tylko sługami hegemona.” Jacek Bartyzel, Na skrzyżowaniu cywilizacji, „Pro Fide, Rege et Lege”, 2002, nr 1 (42), s. 2.
