
Falę komentarzy wywołała ostatnio sprawa przedwcześnie emerytowanego polityka Jana Rokity, którego sąd obciążył wielotysięcznymi kosztami publicznych przeprosin Konrada Kornatowskiego, byłego Komendanta Głównego Policji – a ponieważ Rokita nie zastosował się do orzeczenia sądu, do ściągania od niego długu przystąpił komornik. Gdy w 2007 r. Kornatowski został Komendantem Głównym, Rokita skomentował jego nominację słowami: „Minister Kaczmarek zrobił z tego wyjątkowo nikczemnego prokuratora szefa policji, który hańbi polską policję”, nawiązując do służby państwowej Kornatowskiego w okresie PRL. Sąd uznał je za naruszenie dobrego imienia Kornatowskiego.
Media skwapliwie wykorzystały okazję, by zarobić na sprzedaży telewidzom, słuchaczom i czytelnikom kolejnej łzawej historii ludzkiego dramatu: biedny (były) polityk, czeka go ruina. Były minister został przedstawiony jako osoba godna litości, ofiara złej woli złych sił. Lawina komentarzy, zgodnie z powszechnie honorowanym w społeczeństwach zachodnich wzorcem medialnej „debaty publicznej” (dużo, głośno i głupio), nie dotknęła jednak nawet najistotniejszego aspektu sprawy.
Uprzedzając dalsze uwagi, podkreślam, że nie darzę p. Rokity jakąś szczególną niechęcią – w każdym razie nie większą, niż całą resztę demokratycznej klasy politycznej, która musi być wyjątkowo niskiej jakości, bo takie są właśnie prawidła demokracji jako systemu wyłaniania elit politycznych. Jako lokalny krakowski polityk p. Rokita wyróżnił się raczej pozytywnie: jego to staraniem w Krakowie pojawiły się tablice upamiętniające dwóch wielkich konserwatywnych mężów stanu, stańczyków Michała Bobrzyńskiego i Juliana Dunajewskiego (na budynkach, gdzie niegdyś mieszkali), a także tablica poświęcona organowi prasowemu konserwatystów krakowskich, dziennikowi „Czas” (w miejscu dawnej siedziby jego redakcji). Stańczycy z pewnością zasługują na takie uhonorowanie daleko bardziej, niż wiele innych postaci z polskiej historii, którym w Krakowie i innych polskich miastach nastawiano las pomników. Mimo to w polityce historycznej II i III RP zawsze skąpiono im uznania, windując za to na piedestał bezmyślnych powstańców rozmaitego autoramentu, czyli sprawców klęsk i nieszczęść Polski. Skoro p. Rokita o takie, choćby skromne i niedostateczne, ale oficjalne uznanie dla stańczyków się wystarał, to chwała mu za to.
Wróćmy do rzeczy. Demokratycznych polityków każdemu powinno być wolno lżyć do woli, bo też na nic innego nie zasługuje ta banda miernot, które dziś są, a jutro ich nie ma. Co innego policja. Policjanci to nie głupki bez kwalifikacji, w ramach istniejącej procedury wyborczej wynoszone na parę lat na kierownicze stanowiska państwowe przez chwilowy kaprys innych, liczniejszych głupków bez kwalifikacji, zwanych elektoratem. Policja należy do rdzeniowych instytucji państwa, odpowiedzialnych za realizację jego elementarnych funkcji (w nie do końca słusznym uproszczeniu można je utożsamić z tzw. organami siłowymi). Policjanci, żołnierze, funkcjonariusze służb bezpieczeństwa czy dyplomaci reprezentują państwo jako całość polityczną; w swoich konkretnych działaniach stają się jego funkcjonalnym uosobieniem. Noszą na sobie symbole państwowe – pieczęć mocy politycznej państwa. Bronią jego autorytetu i powagi, porządku publicznego oraz pomyślności wszystkich jego mieszkańców. Jeżeli państwo ma utrzymać swój autorytet, wszelkie przypadki lżenia funkcjonariuszy porządku publicznego muszą być tępione z całą stanowczością. Zwłaszcza w takim kraju, jak Polska, gdzie na każdym kroku daje o sobie znać zakorzeniona w kulturze i utrwalona historycznie skłonność do anarchii: przeciętny Polak wszelki przejaw władzy, który jemu akurat w danej sytuacji jest nie na rękę, zwykł traktować jako bezczelną złośliwość, a w państwie i dowolnym jego funkcjonariuszu widzi swojego wroga. Byle Pipsztycki wyobraża sobie, że wolno mu otworzyć gębę na policjanta czy urzędnika tak dla zasady, żeby im pokazać, gdzie ich miejsce, bo on tu jest wielki podmiot praw i wolności, a na dodatek jeszcze podatnik. Najwyższy czas, by wybić mu to bzdurne wyobrażenie z głowy, raz na zawsze. W wielu grupach społecznych w naszym kraju lżenie policji należy wręcz do dobrego tonu; do niedawna tolerowane było publiczne lżenie polskich żołnierzy w internecie. Zjawisku temu trzeba wreszcie położyć kres, a jedynym skutecznym środkiem pozostają dotkliwe kary i rygorystyczne ich egzekwowanie. W równej mierze powinno to dotyczyć powszechnie szanowanego parlamentarzysty i nastoletniego gnojka w dresie, zagranicznego turysty wyprawiającego brewerie na polskiej ulicy i poczytnego, lubianego na salonach dziennikarza. Wszyscy oni muszą wiedzieć, że państwo polskie nie pozwala z siebie żartować. Przywódca stańczyków Józef Szujski mawiał, iż „do służby publicznej trzeba przystępować jak do sakramentu”. Zgoda, ale rozwińmy to porównanie do końca. „Sakrament” znaczy dosłownie „świętość”. Sakrament musi być otoczony aurą najwyższego szacunku i surowo chroniony przed zbezczeszczeniem.
Skoro zatem przed kilku laty ówczesny poseł i publicysta pozwolił sobie nazwać Komendanta Głównego Policji człowiekiem nikczemnym i hańbą dla policji, bo akurat przyszłą mu ochota wypowiedzieć taką opinię, sąd postąpił słusznie. Najlepiej zaś powinien o tym wiedzieć sam p. Rokita. Politolog Rafał Matyja od lat narzeka w swoich książkach i artykułach na brak w polskim życiu publicznym polityków nastawionych propaństwowo i instytucjonalnie. Do nielicznych wyjątków zalicza Marka Biernackiego i Jana Rokitę. Jeśli głosisz określone zasady, stosuj się do nich sam.
Taki praktyczny powrót do etosu państwowego dostarcza dobrej okazji do rozprawy z liberalną chimerą „wolności słowa”. W kraju, gdzie do tradycyjnych wad narodowych zalicza się bezmyślne gadulstwo, piętnowane przez światlejszych statystów jeszcze w czasach przedrozbiorowych, trafiła ona na szczególnie podatny grunt. W praktyce ustawowe gwarancje „wolności słowa” zapewniają jedynie mediom bezkarną swobodę manipulowania świadomością społeczną i szantażowania władz państwowych, a Pipsztycki się cieszy, bo może sobie mleć ozorem (dużo, głośno, głupio) i realizować w ten sposób swoją ludzką oraz obywatelską podmiotowość. Polskę trzeba wyzwolić od tyranii „wolności słowa”, a w pierwszej kolejności uwolnić od niej państwo. Ludzie nie mają żadnego „prawa do” mówienia wszystkiego, co im się podoba mówić. To kłamliwy wymysł demagogów.
Adam Danek, 24 czerwca 2013
