Skip to content
Kaminski.re
Menu
  • Kaminski.re – publicystyka polityczna
Menu

Adam Danek: Rewolucja gwinejska na tle porównawczym

Posted on April 17, 2026 by Karol Kamiński

Silne przywództwo paradoksalnie pojawia się często w zbiorowościach, które całkowicie utraciły byt polityczny, czyli z pozoru stoczyły się na dno upadku. U podłoża tego paradoksu tkwi jednak pewna dziejowa logika. Zapaść w polityczny niebyt może doprowadzić zbiorowość do palingenezy – do tego, co polscy historycy na przykładzie epoki stanisławowskiej opisywali jako „odrodzenie w upadku”. Perspektywa wegetowania w beznadziejnych warunkach lub dezintegracji bywa otrzeźwiającym kubłem zimnej wody. Dlatego skrajna degradacja polityczna może nawet bierne dotąd i gnuśne społeczeństwa zmobilizować najpierw do oporu, a potem do otwartej walki. Tam, gdzie zbiorowość musi stawić czoła obcemu naciskowi, stanąć do boju o uzyskanie lub odzyskanie własnego bytu politycznego, rodzą się przywódcy. Nowe, dynamiczne elity zastępują stare. Walka to czynnik selekcyjny: eliminuje z warstwy kierowniczej słaby element, a wysuwa na plan pierwszy jednostki wyróżniające się silnym charakterem, zdolnościami organizacyjnymi, umiejętnością podejmowania decyzji, determinacją, inicjatywą, charyzmą, tym, co Nietzsche nazwał „wolą mocy”, a rosyjski historyk Lew Gumilow „pasjonarnością”. Mówiąc krótko, walka formuje bohaterów; wyłania ich z anonimowego ogółu, jak wybuch wulkanu wydźwiga spod ziemi bazaltowe kolosy. Jeżeli kierowana przez nich walka kończy się zwycięstwem, w odwojowanym państwie ster rządów z reguły trafia w ich ręce. Porządek polityczny, w którym władzę obejmują bohaterowie, Thomas Carlyle określił mianem heroarchii.

Oczywiście, proces ten nie rozwija się automatycznie i nie zachodzi w każdym przypadku. Niejednokrotnie ciężka dziejowa próba – Burckhardtowski kryzys – odsłania brak w danym społeczeństwie przywódców i elit zdolnych jej sprostać. Obca dominacja, zamiast dać mu impuls do walki o odtworzenie utraconej substancji politycznej, może wówczas spowodować jej trwałe zniszczenie. Utrata bytu politycznego nie staje się wówczas początkiem palingenetycznego odrodzenia wspólnoty, lecz jej całkowitego rozpadu.

Najliczniejszych przykładów takiej genezy silnego przywództwa politycznego dostarczają państwa i narody postkolonialne, które w swoim czasie stały się przedmiotem cudzego podboju i kolonizacji. Wielkie przebudzenie świadomości narodowej Palestyńczyków nastąpiło poniekąd dzięki brytyjskiej okupacji ich ojczyzny (1920-1948), zwanej oficjalnie „opieką mandatową”. Brytyjczycy byli jednak tylko okupantami. Jako właściwi kolonizatorzy przybyli do Palestyny Żydzi-syjoniści. W 1948 r. wypędzili oni z zajętego przez siebie kraju większość autochtonów, dokonując dla postrachu szeregu bestialskich rzezi. Gdy większość Palestyńczyków znalazła się na emigracji, a pozostała w kraju mniejszość pod kontrolą rządu nastawionego na rugowanie, a nawet eksterminację miejscowej ludności, ich narodowi zagroził niebyt nie tylko polityczny, ale i dosłowny. W ciągu następnych dekad permanentnej konfrontacji z obcą władzą Izraela naród palestyński wydał cały poczet przywódców typu bohaterskiego, jednocześnie polityków i bojowników, by wymienić zmarłych już Jasera Arafata i George’a Habasza, zamordowanego przez Izraelczyków Ahmada Jasina, czy wciąż żyjących Najifa al-Hawatmę i Ahmada Dżibrila. U podstaw kierowanej przez nich walki legła doktryna narodowej rewolucji, wyłożona w Palestyńskiej Karcie Narodowej z 1964 r.

Procesy te nie zamknęły się bynajmniej na dawno przebrzmiałych kartach historii, jakie, choć zapisane zostały w XX wieku, w odczuciu współczesnego Europejczyka są już na poły mitycznymi eposami z zamierzchłej przeszłości, niewiele różniącymi się od Iliady (i to nawet jeżeli „jeszcze stoją drzewa, które to widziały, jeszcze ziemia pamięta kształt buta, smak krwi”). Oto dziś na naszych oczach z krwawej walki wyzwoleńczej Donbasu przeciw Ukrainie (1) wyłania się elita przywódcza nowego wschodnioeuropejskiego państwa, a być może także Rosji.

Te same procesy kształtowały niegdyś polityczny krajobraz Polski. Po likwidacji w XIX wieku ostatnich form polskiej państwowości lub przynajmniej pół-państwowości (aneksja Rzeczypospolitej Krakowskiej przez Austrię w 1846 r., zniesienie odrębności Wielkiego Księstwa Poznańskiego od Prus w 1848 r., przekształcenie Królestwa Polskiego w Kraj Przywiślański po powstaniu styczniowym) ziemie polskie zostały poddane już nie tylko zaborowi, ale również kolonizacji, która wyrażała się w działalności Hakaty i rządowej Komisji Kolonizacyjnej w zaborze pruskim, polityce rusyfikacji w Kongresówce czy brutalnym rugowaniu polskiego żywiołu narodowego w byłym Wielkim Księstwie Litewskim pod wojskowym zarządem generałów Michaiła Murawjowa i Konstantina von Kaufmanna. Konieczność przeciwstawienia się naciskowi zaborców wywołała w Polsce schyłku XIX wieku przebudzenie polityczne: nowe pokolenie przywódców stanęło do politycznej, a z czasem również zbrojnej walki o odzyskanie niepodległości. To oni budowali potem państwo polskie w latach 1915-1922. W latach trzydziestych niekorzystne zmiany w otoczeniu międzynarodowym Polski w połączeniu z postępującą utratą dynamizmu przez jej elity przywódcze doprowadziły do ponownej utraty przez nią bytu państwowego w 1939 r. Nowe mocarstwa rozbiorowe podzieliły między siebie jej terytorium: rząd niemiecki wcielił polskie Kresy Zachodnie do Rzeszy, a z reszty zdobytych ziem utworzył jednostkę o statusie typowej kolonii – Generalne Gubernatorstwo, podczas gdy polskie Kresy Wschodnie zostały w całości wcielone do sowieckich republik Ukrainy, Białorusi i (parę miesięcy później) Litwy. Na zajętych przez siebie ziemiach okupanci zaprowadzili klasyczne porządki kolonialne: rabunkową gospodarkę połączoną z niszczeniem miejscowej kultury. Bolesny upadek Polski w niebyt polityczny spowodował reaktywację dużej części starych elit – weteranów poprzedniej walki o niepodległość. Zasilone dopływem młodszych kadr przywódczych uformowanych w okresie międzywojennym lub już podczas II wojny światowej, przystąpiły one do organizowania nowej walki; powróciła „bohaterszczyzna”, ale nie w ujemnym sensie tego słowa, w jakim zwykle się go używa.

Państwo polskie w jego obecnej postaci od dawna przechodzi kryzys przywództwa politycznego – a właściwie dotknięte jest zupełnym jego brakiem. I nic dziwnego. W okresach długotrwałej stabilizacji, bezpieczeństwa (pojętego przynajmniej jako przewidywalna niezmienność położenia), brak celu walki, w elitach przywódczych zanika poczucie dziejowości – chęć tworzenia historii, co z kolei powoduje erozję samych elit, wypieranych przez klasę polityczną złożoną z jednostek przeciętnych. Według medialnych, pożal się Boże, autorytetów pokroju profesora Romana Kuźniara czy redaktora Seweryna Blumsztajna lata III Rzeczypospolitej są dla Polski najlepszym okresem od kilku stuleci (sic!), okresem niezmąconego pokoju i bezpieczeństwa. Wcześniejsze uwagi wyjaśniają, dlaczego po ćwierćwieczu takiego błogostanu nie mamy prawdziwych przywódców, za to mamy wyludniający się kraj oraz aparat państwowy i gospodarkę w stanie zaawansowanego rozkładu (a może: rozkradu?). Od kilku miesięcy media i klasa polityczna w Polsce zgodnie nakręcają atmosferę lęku przed wybuchem wojny. Bo tam, tuż za miedzą, Putin zły ostrzy kły, strzela do cywilnych samolotów jak do kaczek i być może już pisze dla swojej krwiożerczej armii rozkaz wymarszu na zachód. Szef rządu w Warszawie wszedł w rolę tandetnego tragika i wieszczył teatralnie przed kamerami, że we wrześniu polskie dzieci mogą znowu nie pójść do szkoły. Całe to straszenie napaścią Rosji na Europę jest oczywiście cynicznie odgrywaną błazenadą bez pokrycia w faktach, ale niezamierzenie nasuwa myśl: a może Polsce w jej dzisiejszym stanie przydałaby się utrata niepodległości i walka o jej odzyskanie jako sito selekcjonujące nową kadrę przywódczą dla państwa?

Wróćmy jednak do krajów postkolonialnych. Proces dekolonizacji trwał od II wojny światowej, lecz na dobre zwrócił na siebie uwagę świata dopiero w latach pięćdziesiątych, gdy dążenia antykolonialne wystąpiły z całą mocą w Czarnej Afryce. Choć na obszarze subsaharyjskim istniały kolonie kilku państw europejskich, w tym portugalskie, włoskie, hiszpańskie i belgijskie, to w większości wypełniały go dwa imperia kolonialne – brytyjskie i francuskie. W afrykańskim imperium Wielkiej Brytanii ikoną walki z kolonializmem, zwycięskim przywódcą rewolucji antykolonialnej i twórcą pierwszego niepodległego państwa został Kwame Nkrumah. We francuskiej Czarnej Afryce tę samą rolę odegrał Ahmed Sékou Touré.

Walka kierowana przez przywódców typu bohaterskiego nie musi koniecznie przybrać postaci zbrojnej; może odbywać się w formach przede wszystkim politycznych. Liderzy ruchów partyzanckich objęli rządy w tych państwach Czarnej Afryki, w których władza przeszła w ręce krajowców najpóźniej: w Angoli i Mozambiku w 1975 r., w Zimbabwe w 1980 r., w Namibii w 1990 r. I, prawdę powiedziawszy, nie okazali się specjalnie wartościowymi przywódcami w porównaniu z takimi czysto cywilnymi politykami, jak Kwame Nkrumah z Ghany, Modibo Keita z Mali, Julius Kambarage Nyerere z Tanzanii czy Kenneth Kaunda z Zambii. W tej ostatniej grupie należy wymienić również urodzonego w 1922 r. Ahmeda Sékou Touré. Doświadczenie przywódcze zdobywał on, działając przez szereg lat w ruchu związkowym na terenie Gwinei Francuskiej. Potem na bazie związków zawodowych zorganizował Demokratyczną Partię Gwinei (PDG) i uczynił z niej potężny, masowy ruch polityczny (będąc jej sekretarzem generalnym od 1947 r. do końca życia). PDG pod kierunkiem Sékou Touré pokazała swoją siłę w 1957 r., kiedy w wyborach do zgromadzenia parlamentarnego terytorium Gwinei zdobyła pięćdziesiąt sześć ze wszystkich sześćdziesięciu miejsc, a jej przywódca stanął na czele lokalnego rządu o ograniczonych kompetencjach. Cały świat usłyszał jego nazwisko w roku następnym, kiedy napięcie polityczne we Francji wywołane przeciągającą się wojną algierską osiągnęło apogeum, a do ponownego objęcia władzy w Paryżu wezwano generała Charlesa de Gaulle’a.

De Gaulle zapisał się w historii jako likwidator francuskiego imperium kolonialnego. Wdrażana przezeń strategia polegała na rezygnacji z coraz bardziej kosztochłonnych i niestabilnych posiadłości kolonialnych na rzecz utrzymania obecności i efektywnych wpływów w formalnie niepodległych byłych koloniach, czyli – używając pojęcia wprowadzonego przez Kwame Nkrumaha – na przejściu od kolonializmu do neokolonializmu. Jednak początkowo de Gaulle nie miał zamiaru wyrażać zgody na prawno-państwowe uniezależnienie kolonii. Próbował ratować imperium kolonialne, wymieniając jego fasadę na nowszą. Przygotowana na jego polecenie konstytucja V Republiki zastępowała powołaną w 1946 r. Unię Francuską – twór obejmujący Francję i jej kolonie – Wspólnotą Francuską, w założeniu wzorowaną na brytyjskim Commonwealth. Nowość tkwiła w tym, że mieszkańcy kolonii mieli być zapytani, czy chcą do Wspólnoty Francuskiej należeć. Na 28 września 1958 r. władze w Paryżu wyznaczyły termin referendum w koloniach afrykańskich. Na kartach do głosowania widniały dwie opcje: „tak” i „nie”. Głosowanie na „tak” wyrażało poparcie dla pozostania we Wspólnocie Francuskiej i niejasnego statusu prawno-państwowego w jej ramach, głosowanie na „nie” – poparcie dla wystąpienia ze wspólnoty i uzyskania pełnej niepodległości. Premier de Gaulle chciał jednak uczynić ten akt wyboru iluzorycznym. Propagandowo wyglądałoby najlepiej, gdyby kolonie z własnej woli zdecydowały się pozostać częściami imperium Francji i właśnie o uzyskanie takiego efektu chodziło. „Referendum pokaże, czy secesja zwycięży. Nie jest rzeczą wyobrażalną istnienie niepodległego państwa, któremu Francja nadal udzielałaby pomocy.” – zapowiedział de Gaulle w sierpniu 1958 r. (2). Pozostawiony koloniom wybór miał więc w rzeczywistości charakter szantażu: cytowane słowa adresowane były do terytoriów, które przeważnie nie posiadały własnego aparatu państwowego ani kadr zdolnych go samodzielnie stworzyć. Następnie generał wyruszył w objazd afrykańskich kolonii, by głośno namawiać ich ludność do głosowania na „tak”, a po cichu powtórzyć miejscowym elitom swoje ultimatum. 25 sierpnia wylądował w Konakry. I tu czekała go niespodzianka, bo Sékou Touré jako jedyny spośród czarnych polityków francuskiej Afryki nie przestraszył się jego szantażu.

De Gaulle stanął na czele rządu w czerwcu. Za morzem 7 czerwca Demokratyczna Partia Gwinei na swoim kongresie przyjęła program jak najszybszego uzyskania niepodległości. Teraz na francuskiego premiera wiezionego z lotniska do białego Gmachu Zgromadzenia czekały rozstawione wzdłuż ulic tłumy ludzi, skandując na widok jego auta żądania niepodległości. Na miejscu Sékou Touré przywitał go przemówieniem, w którym zamiast wygłaszać zwyczajowe uprzejmości i operować dyplomatycznymi wyrażeniami, ostro zaatakował francuski system kolonialny i wezwał do jego zupełnej likwidacji. Do historii przeszły zwłaszcza słowa: „Przedkładamy biedę i wolność nad bogactwo i niewolę. (…). Nigdy nie wyprzemy się naszego uzasadnionego prawa do niepodległości.” (3), przyjęte przez salę burzą oklasków. Ta starannie przygotowana demonstracja politycznej woli okazała się celnym ciosem. Na osobności de Gaulle powiedział do swoich współpracowników: „No cóż panowie, jest tutaj człowiek, z którym nam nie po drodze. Posłuchajcie, sprawa jest jasna: rankiem 29 września odchodzimy.” (2). Gdy zgodnie z protokołem dyplomatycznym Sékou Touré odwoził go na lotnisko, nie zamienili w drodze ani słowa, siedząc obok siebie w samochodzie, po czym przy schodkach francuskiego samolotu podali sobie ręce – jak się okazało, po raz ostatni w życiu (normalizacja stosunków między Konakry a Paryżem miała nastąpić dopiero w latach siedemdziesiątych). Sékou Touré skomentował potem publicznie wizytę premiera Francji: „Między głosowaniem na »tak« dla konstytucji, która narusza godność, jedność i wolność Afryki, a uzyskaniem, jak powiedział de Gaulle, natychmiastowej niepodległości, Gwinea wybiera bez wahania właśnie niepodległość. Nie musimy być szantażowani przez Francję. W sprawach naszych krajów nie możemy ustępować tym, którzy zastraszają i naciskają na nas, abyśmy dokonali wyboru wbrew naszym sercom i rozumowi, którzy stawiają warunki małżeństwa, jakie będzie utrzymywać nas w kompleksie kolonialnego reżimu.” (2).

28 września 1958 r. w czternastu francuskich koloniach w Czarnej Afryce odbyło się referendum. W trzynastu z nich przeważyły głosy na „tak”, zgodnie z sugestią metropolii. Tylko w Gwinei 95% głosów padło na „nie”. 2 października Ahmed Sékou Touré ogłosił powstanie niepodległej Republiki Gwinei (w 1978 r. zmieniła nazwę na Ludowo-Rewolucyjną Republikę Gwinei). Człowieka, który przy tak znacznej dysproporcji sił tak otwarcie rzucił wyzwanie mocarstwu kolonialnemu, szybko otoczył w Afryce nimb bohatera.

Francja przystąpiła teraz do spełniania wcześniejszych pogróżek, przygotowywanego już od chwili powrotu de Gaulle’a z nieudanej wyprawy do Konakry. Generał zarządził natychmiastowe zwinięcie całej francuskiej obecności w Gwinei. Chodziło o zmuszenie krnąbrnego kraiku, by szybko sam przyszedł żebrać o pomoc. Z Gwinei zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie tylko jednostki wojskowe Francji, ale również około trzech tysięcy cywili: urzędników, inżynierów, lekarzy, techników, przedsiębiorców. Starannie spalono wszelkie akta i dokumentację, a z biur wywieziono nie tylko wszystkie telefony i meble, ale nawet żarówki. Lekarze zabierali ze sobą cały sprzęt medyczny i zapasy leków; służba zdrowia dla ludności kraju przestała istnieć. Policjanci rozbijali okna w opuszczanych koszarach. Gdy Sékou Touré przeprowadził się do dawnego gmachu administracji, nie znalazł tam ani obrazów na ścianach, ani umeblowania, a jedynie skorupy z potłuczonej zastawy stołowej i innych naczyń. Ale nie zamierzał ulegać naciskowi Francji. Zamiast tego nawiązał kontakty z blokiem wschodnim. Z europejskiego Wschodu sprowadził przede wszystkim licznych techników, którzy w okresie stawiania przez Gwineę pierwszych kroków jako samodzielnej państwowości i gospodarki mieli zastąpić nieobecnych jeszcze specjalistów miejscowych. Nie dał się jednak nigdy ustawić w roli posłusznego satelity Moskwy, jaką w odniesieniu do Paryża odgrywali jego profrancuscy sąsiedzi, prezydenci Léopold Sédar Senghor z Senegalu i Félix Houphouët-Boigny z Wybrzeża Kości Słoniowej. Prowadził suwerenistyczną politykę zagraniczną. Już w 1961 r. wydalił z państwa ambasadora Związku Sowieckiego za próby ingerowania w wewnętrzne sprawy Gwinei. W następnych latach ostro krytykował blok wschodni za odejście od walki z Zachodem na rzecz tzw. pokojowego współistnienia, będącego eufemizmem kapitulacji. Zacieśniał za to stosunki z Chinami.

Suwerenizm Sékou Touré nie przeszkadzał mu rozwijać współpracy międzynarodowej tam, gdzie widział w niej pożytek dla swojego kraju, a także dla całej Afryki. U progu niepodległości pozyskał wsparcie nie tylko z bloku wschodniego, ale również od prezydenta Ghany, pierwszej wyzwolonej kolonii brytyjskiej, Kwame Nkrumaha, który przekazał Gwinei dużą jak na owe czasy sumę dziesięciu milionów funtów. Podobnie jak Nkrumah, Sékou Touré chciał eksportu rewolucji antykolonialnej do wszystkich kolonii w Afryce i podobnie jak on uważał, że pełną niezależność od zewnętrznych potęg zapewni im dopiero integracja kontynentu w jedno federacyjne państwo – Stany Zjednoczone Afryki. Kładł nacisk m.in. na potrzebę stworzenia zjednoczonych afrykańskich sił zbrojnych, wspólnego Banku Emisyjnego i wprowadzenia jednej waluty. 23 listopada 1958 r. Gwinea i Ghana oficjalnie połączyły się unią, choć poprawniej byłoby mówić o konfederacji. Strony uzgodniły wówczas zasady wymiany ministrów, wchodzących odtąd w skład rządów obu państw jednocześnie. Następnie Nkrumah i Sékou Touré na zjazdach w Konakry (24 XII 1960) i w Akrze (27-29 IV 1961) spotkali się z trzecim czołowym przedstawicielem afrykańskiego nacjonalizmu, Modibo Keitą, prezydentem Mali. Owocem zjazdów było powołanie zrzeszającej ich kraje Unii Państw Afrykańskich (UAS). Karta tej organizacji przewidywała koordynację przez państwa członkowskie polityki zagranicznej, obronnej, gospodarczej, kulturalnej i w zakresie spraw wewnętrznych. Podejmować decyzje w tych kwestiach miała konferencja głów państw obradująca co trzy miesiące na zmianę w ich stolicach (Akrze, Konakry i Bamako). Przywódcy UAS przyczynili się też walnie do powstania luźniejszej platformy przygotowawczej pod przyszłe zjednoczenie kontynentu – uruchomionej w 1963 r. Organizacji Jedności Afrykańskiej, otwartej docelowo dla wszystkich krajów Czarnego Lądu. Jednak realizacja planów panafrykańskich, wymagająca niewątpliwie jeszcze wielu lat zabiegów dyplomatycznych, została wkrótce potem przerwana. W 1966 r. inspirowany przez służby wywiadowcze USA i Wielkiej Brytanii wojskowy zamach stanu pozbawił Kwame Nkrumaha władzy w Ghanie pod jego nieobecność w kraju. Sékou Touré nie tylko udzielił Nkrumahowi schronienia na terytorium swojego państwa, ale mianował go współprezydentem Gwinei. W tym charakterze Nkrumah pozostał w Konakry do swojej śmierci w 1972 r. Wcześniej, 19 listopada 1968 r., w Mali w wyniku przewrotu wojskowego Modibo Keita utracił władzę i trafił do aresztu, by już nigdy nie odzyskać wolności (zmarł w 1977 r.). Pierwszym krokiem nowego premiera malijskiego rządu było złożenie oficjalnej, długiej wizyty we Francji (4-12 XII 1968). Z panafrykańskiej osi zostały wyłamane dwa zęby. Spośród jej dzieł próbę czasu przetrwała jedynie Organizacja Jedności Afrykańskiej.

Warto dodać, że Sékou Touré to – wyjąwszy skuteczną obronę Kanału Sueskiego i Egiptu przed Francją i Wielką Brytanią (oraz Izraelem) przez Gamala Abdela Nasera jesienią 1956 r. – jedyny afrykański przywódca, który zwycięsko odparł agresję wojskową ze strony mocarstwa kolonialnego. I jego bowiem próbowano obalić. Dążąc docelowo do dekolonizacji całego Czarnego Lądu, „wódz Gwinei” – jak nazwano go w polskiej literaturze naukowej z epoki – utrzymywał na terytorium swojego państwa obozy partyzantów walczących z kolonialną administracją sąsiedniej Gwinei Portugalskiej (obecnej Gwinei Bissau). W 1970 r. stacjonujące tam wojska Portugalii dokonały inwazji na Gwineę. Jako cel operacji wyznaczono nie tylko likwidację obozów partyzanckich, ale również usunięcie rządów Sékou Touré. Portugalczycy ponieśli jednak klęskę i musieli się wycofać. W Gwinei po odparciu agresji skazano na śmierć za pomoc agresorowi i stracono na szubienicy pięćdziesiąt osiem osób. Zachodni komentatorzy złożyli oczywiście ich egzekucje na karb „prześladowań politycznych”.

Rządy Sékou Touré sprawowane przy użyciu Demokratycznej Partii Gwinei nie miały wiele wspólnego z demokracją – chyba, że z demokracją w rozumieniu Rousseau, wedle którego odczytać wolę ludu może nawet kierująca państwem jednostka. Najwyższy Przewodnik Rewolucji, jak go najczęściej tytułowano, nie stronił od metod silnej ręki (koronnym przykładem były zsyłki opozycjonistów do obozów reedukacji), niemniej stosowane przez niego represje spadały głównie na obóz rządowy i służyły do jego dyscyplinowania. Przez dwadzieścia sześć lat jego rządów rozstrzelano, powieszono lub osadzono w więzieniu ponad pięćdziesięciu ministrów.

W polityce gospodarczej Sékou Touré realizował koncepcję, którą sam określał mianem „socjalizmu wiejskiego”. Można wskazać trojaką genezę tego pojęcia. Po pierwsze, „socjalizm wiejski” opierał ustrój agrarny na plemiennej (a nie prywatnej) własności ziemi, mocno zakorzenionej w tradycyjnej kulturze afrykańskiej. Po drugie, jego „wiejskość” wyrażała się w pozytywnym wartościowaniu jednego z najważniejszych czynników organizujących życie społeczności rolniczych – religii. O ile marksistowski „socjalizm naukowy” stawiał się do niej w opozycji, o tyle Sékou Touré odrzucał światopogląd materialistyczny na rzecz teistycznego, podkreślał zgodność między religijną i socjalistyczną ideą doskonalenia rzeczywistości społecznej, a partykularną doktrynę gwinejskiego socjalizmu wyprowadzał z zasad islamu (przy tolerancyjnym stosunku do chrześcijan). Po trzecie, „socjalizm wiejski” rolę głównej siły sprawczej w prowadzeniu narodowej rewolucji przypisał warstwie chłopskiej, nie zaś zmitologizowanemu przez marksistów „proletariatowi”. W procesie wprowadzania go w życie kluczowym krokiem była decentralizacja władzy w 1975 r. poprzez powołanie w terenie obdarzonych szerokimi kompetencjami Rewolucyjnych Władz Lokalnych, stanowiących podstawowe komórki organizacyjne państwa w dziedzinach wojskowości, zarządzania gospodarką, kultury i administracji ogólnej. Mimo podnoszenia przez Sékou Touré takiego postulatu nigdy nie stworzono natomiast znacjonalizowanych gospodarstw rolnych na wzór rosyjskich kołchozów i sowchozów czy polskich PGR-ów. Z pobudek nacjonalistycznych wywłaszczono jedynie ziemię uprawną należącą wcześniej do podmiotów cudzoziemskich. Produkcję żywności przejął głównie sektor spółdzielczy, a nie upaństwowiony. Pojawił się za to odpowiednik polskiej „bitwy o handel” (1947-1949) w postaci wydanego w 1977 r. dekretu rządowego o zamknięciu wiejskich targowisk i przekazaniu lokalnej dystrybucji towarów państwowym przedsiębiorstwom handlowym. Monopolem państwa objęto również handel zagraniczny. Niepowodzeniem zakończyły się natomiast podejmowane w latach 1959-1963 próby nacjonalizacji zagranicznych koncernów górniczych (skutecznie przeprowadzonej przez Kennetha Kaundę w Zambii). A kontrola nad eksploatacją własnych zasobów naturalnych musiała mieć istotne znaczenie dla Gwinei – kraju o największych na świecie złożach boksytów oraz bogatych złożach rud żelaza i diamentów. Po kilku latach wzajemnych retorsji i wojny nerwów gwinejskiemu rządowi udało się jedynie uzyskać współwłasność międzynarodowego koncernu prowadzącego wydobycie boksytów, co i tak stanowiło krok naprzód w porównaniu do stanu z 1958 r.

Na płaszczyźnie kulturalnej Sékou Touré uprawiał politykę, jaką dzisiaj określilibyśmy mianem tożsamościowej. Niepodległa Gwinea jeszcze lata po szczytowej fali dekolonizacji z 1960 r. pozostawała jedynym (!) państwem Czarnej Afryki, gdzie do szkolnego nauczania historii wprowadzono podręcznik autorstwa afrykańskiego historyka, pisany z perspektywy rodzimej, a nie europocentrycznej. Ten pierwszy własny podręcznik nosił tytuł „Historia czarnych ludów”, a napisał go Assoi Adiko. Jak przedtem wyglądała nauka historii we francuskich koloniach, zobrazował zwięźle afrykanista Andrzej Zajączkowski: „»Nasi przodkowie Gallowie mieli niebieskie oczy i jasne włosy« – dowiadywali się kędzierzawi i hebanowi chłopcy murzyńscy; fakt autentyczny, który wszelako już przeszedł do anegdoty.”

Ahmed Sékou Touré zmarł w marcu 1984 r. Natychmiast dały o sobie znać rozgrywki polityczne w aparacie państwowym i intrygi zagranicy, które przez dwie i pół dekady starał się trzymać na uwięzi. Już na początku kwietnia w Konakry doszło do puczu wojskowego. Nowy rząd, jak często bywało w podobnych sytuacjach, zaczął od oczerniania poprzednika, potępiając okres „krwawych i brutalnych rządów dyktatorskich” Sékou Touré (4). Zawiesił konstytucję, rozwiązał parlament i Demokratyczną Partię Gwinei. Zapowiedział też odejście od dotychczasowego modelu gospodarczego. Jesienią rządząca junta oficerów zlikwidowała obozy reedukacji. Jej przewodniczący, pułkownik Lansana Conté, potępiwszy Sékou Touré za dyktaturę, sprawował władzę nieprzerwanie do swojej śmierci w 2008 r., a z wszelkimi przejawami opozycji rozprawiał się siłą. Odznaczył się za to spolegliwością wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego i państw Zachodu.

Mimo prób zdyskredytowania go przez niefortunnych następców, którzy przyszli na gotowe, a nie uczynili dla Gwinei nawet części tego, co on, Ahmed Sékou Touré jest w swojej ojczyźnie postacią otoczoną szacunkiem. Na krótko przed jego śmiercią, w 1983 r., w pobliskiej Górnej Wolcie (obecnie Burkina Faso) nastąpił przewrót polityczny. W jego wyniku na arenie dziejów pojawił się nowy chorąży panafrykanizmu – kapitan Thomas Sankara.

dr Adam Danek, 26 września 2014

Przypisy:

1. O kolonizatorskim stosunku ukraińskich nacjonalistów z byłej Galicji i stołecznych elit z Kijowa do Donbasu pisał ostatnio Ronald Lasecki: http://www.geopolityka.org/analizy/2979-ronald-lasecki-o-co-chodzi-w-konflikcie-na-ukrainie (zwł. sekcja Postkolonializm po ukraińsku).

2. Przeł. Stanisław Piłaszewicz.

3. Przeł. Michał Tymowski.

4. Przeł. Marek J. Malinowski.

Leave a Reply Cancel reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Recent Posts

  • Adam Danek: Nie wolno upraszczać
  • Adam Danek: Bractwo Kapłańskie Świętego Spokoju
  • Adam Danek: Monarcha oświecony
  • Adam Danek: Głębie milczenia
  • Adam Danek: Zagadnienie ustroju

Recent Comments

No comments to show.

Archives

  • April 2026

Categories

  • Adam Danek
  • Karol Kamiński
  • Poezja
© 2026 Kaminski.re | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme