
Część polskich środowisk nacjonalistycznych starała się nagłośnić fakt zorganizowania w Rosji konferencji „Neofaszyzm w Europie siedemdziesiąt lat później” z udziałem reprezentantów tak zwanego międzynarodowego żydostwa (w tym przypadku Europejskiego Kongresu Żydów) i zachodniej „quangokracji” (1). Środowiska te chciały w ten sposób zdyskredytować w oczach swoich zwolenników rosyjskie władze i ich politykę; relacji towarzyszyła łatwa do odczytania sugestia: Moskwa propaguje lewacki „antyfaszyzm” na równi z rządami państw zachodnich, Putina popierają Żydzi i vice versa (2). Chciały zarazem podbudować swoje antyrosyjskie ostatnio nastawienie, wyrosłe jednak zasadniczo z innych pobudek.
Zatrzymajmy się na chwilę przy argumentum ad Iudaeorum. Polskie środowiska nacjonalistyczne często się nim posługują, jeżeli nie w swoich oficjalnych komunikatach, to w każdym razie w wypowiedziach nieoficjalnych (żeby w razie potrzeby dało się tego wyprzeć). Ale Żyd Żydowi nierówny. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych otrzymało niedawno pismo od Władimira Żyrinowskiego, przywódcy Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, która nie głosi poglądów ani liberalnych, ani demokratycznych. Żyrinowski zaproponował Polsce udział wespół z Federacją Rosyjską w rozbiorze Ukrainy i odzyskanie tą drogą Wołynia oraz miast Lwowa, Tarnopola i Iwano-Frankiwska (polskiego Stanisławowa) wraz z przyległymi obwodami (jednocześnie zaproponował Rumunii aneksję Czerniowców, a Węgrom aneksję Zakarpacia). Żyrinowski deklaruje się jako rosyjski imperialista, choć w jego żyłach nie płynie rosyjska krew: urodził się w kazachstańskiej Ałma Acie jako syn Białorusinki i Żyda ze Lwowa. Inna część polskich nacjonalistów była zachwycona jego propozycją, widząc w niej długo wyczekiwaną okazję do upragnionego zrealizowania przynajmniej połowy hasła „Polski Lwów, Polskie Wilno – odzyskane być powinno!”. Zachwytu nie mąciło ani pochodzenie Żyrinowskiego, ani fakt, iż w okresie tzw. przemian ustrojowych w Rosji działał on nawet w jednej z tamtejszych organizacji żydowskich.
Wracając do rzeczy, trzeba mieć świadomość, że w Rosji słowo „faszyzm” ma prawdopodobnie jeszcze bardziej pejoratywny wydźwięk, niż w Europie. Fałszywe i sztuczne utożsamianie faszyzmu po prostu z Hitlerem i hitleryzmem zaczęło się właśnie w sowieckiej Rosji, a z jej hegemonią rozprzestrzeniło następnie do wszystkich państw bloku wschodniego. Wyraz „faszyzm” stał się w nich nakazanym zamiennikiem terminu „narodowy socjalizm”; wytyczne komunistycznej propagandy zabraniały przypominać, że Hitler był socjalistą, ponieważ stwarzałoby to niebezpieczną sugestię, że socjalizm może być zły. Dlatego w Polsce epatowanie społeczeństwa formułą „faszyzm = Hitler” rozpoczęło się dopiero w 1944 r. Wcześniej takie utożsamienie nie funkcjonowało w świadomości społecznej: jeszcze podczas II wojny światowej Andrzej Trzebiński, żyjąc pod okupacją III Rzeszy (której ofiarą miał wkrótce paść), zachwycał się akcją podchorążych w noc listopadową jako pierwszą prawdziwą rewolucją faszystowską. W Rosji formuła „faszyzm = Hitler” panowała niepodzielnie co najmniej od chwili ogłoszenia przez Georgija Dymitrowa oficjalnej definicji faszyzmu na VII Kongresie Kominternu w Moskwie w 1935 r.
To nieuzasadnione utożsamienie niesłychanie wzmocniła później szybko krzepnąca tradycja Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, tj. wojny z Rzeszą w latach 1941-1945, kiedy hasło „walki z faszyzmem” stało się głównym wezwaniem bojowym sowieckiej propagandy, uwiarygodnionym przez autentyczne przykłady bohaterstwa żołnierzy Armii Czerwonej. Najbardziej znana sowiecka pieśń wojenna ery stalinowskiej, „Święta wojna” (3), rozpoczyna się słowami:
„Wstawaj, strana ogromnaja,
Wstawaj na smiertnyj boj!
S faszystskoj siłoj tiomnoju,
S prokliatoju ordoj.”
Gdy w sierpniu 1943 r. w Moskwie powstał Komitet Wolnych Niemców (zalążek przyszłej NRD), a we wrześniu Związek Niemieckich Oficerów (zalążek przyszłej Narodowej Armii Ludowej – wojsk NRD), reprezentujące niemiecką orientację prosowiecką, teza, iż ZSRS prowadzi wojnę nie z Niemcami jako takimi, lecz z abstrakcyjnym „faszyzmem”, została dodatkowo wzmocniona.
Sowieckie dziedzictwo historyczne pozostawiło w Rosji jeszcze jeden ważny ślad – mit „zwycięstwa nad faszyzmem” z 1945 r. Zwycięska „walka z faszyzmem” legitymizowała sowieckie panowanie nad całą Europą Środkowo-Wschodnią aż po Łabę. „Zwycięstwo nad faszyzmem” stało się fundamentem wielkomocarstwowej chwały ZSRS, celebrowanej corocznie 9 maja w jedno z największych świąt państwowych – Dzień Zwycięstwa. Nic więc dziwnego, że Federacja Rosyjska utrzymała to święto, choć dziś wielkomocarstwowa chwała z czasów Stalina i Breżniewa jest tylko wspomnieniem. Normalne narody świętują swoje największe zwycięstwa, a nie jak Polacy – swoje największe klęski.
Nie przez przypadek ruchy będące rosyjskimi odpowiednikami europejskich faszystów określają się mianem narodowych bolszewików. W Rosji słowo „faszyzm” zostało skompromitowane, podobnie jak słowo „bolszewizm” w Europie (zwłaszcza Środkowej), zatem potrzebny jest im jego odpowiednik lepiej dopasowany do rodzimego kontekstu historycznego.
Ale istnieje druga przyczyna, chyba ważniejsza: zbieżność obu tych tradycji politycznych. Nie bez powodu w 1933 r. to właśnie faszystowskie Włochy jako pierwsze państwo na Zachodzie uznały de iure Związek Sowiecki i ustanowiły z nim normalne stosunki dyplomatyczne. Później, w okresie obowiązywania paktu Ribbentrop-Mołotow (1939-1941), Benito Mussolini komplementował system sowiecki jako „rodzaj słowiańskiego faszyzmu”. Występujący z krańcowo odmiennych pozycji trockiści i zachodni socjaldemokraci również nazywali Stalina faszystą i wytykali jego rządom podobieństwa do systemu faszystowskiego. Jedyne w swoim rodzaju świadectwo pozostawił Léon Degrelle, który widział na froncie wschodnim, jak sowieccy politrucy postawieni przed niemieckim plutonem egzekucyjnym unieśli prawe ramiona w rzymskim pozdrowieniu i zginęli z okrzykiem „Heil Stalin!” na ustach. W latach trzydziestych „Robotnik”, główny organ prasowy Polskiej Partii Socjalistycznej, opisywał włoski faszyzm jako „prawicowy bolszewizm”. Na rozwój pod rządami Stalina nowej postaci rosyjskiego nacjonalizmu zwracali uwagę zarówno endecki konstytucjonalista Edward Dubanowicz, jak i młodzi publicyści Ruchu Narodowo-Radykalnego zwanego Falangą. Z wzajemnych podobieństw zdawały sobie również sprawę brunatny Berlin i czerwona Moskwa, które mocno akcentowały je w swojej propagandzie w okresie obowiązywania paktu Ribbentrop-Mołotow.
Faszystowskie reminiscencje uwidaczniały się również w państwach satelickich ZSRS po II wojnie światowej. W Niemieckiej Republice Demokratycznej, gdzie władze nieustannie odwoływały się do mitu „zwycięstwa nad faszyzmem”, życie państwowe przybrało formy zdumiewające tych, którzy brali ów mit za coś więcej, niż tylko apoteozę zwycięskiego podboju państwa przez komunistów. Niemiecki politolog Eugen Kogon, spędziwszy wojnę za drutami obozu w Buchenwaldzie, utrwalił to zdumienie na kartach swej najgłośniejszej książki: „Pod koniec 1947 i na początku 1948 roku pytałem komunistów, z którymi przez lata siedziałem w Buchenwaldzie, oraz przywódców panującej we wschodniej zonie Partii Jedności, również byłych więźniów politycznych, co naprawdę sądzą o takim rozwoju wydarzeń. Niektórzy uważali za rzecz oczywistą, że niebezpiecznych przeciwników politycznych trzeba zamykać i unieszkodliwiać; przyznawali otwarcie, że ich metody nie różnią się od metod narodowego socjalizmu.” (4). W NRD nawiązań do lat 1933-1945 nie dostrzegłby zresztą jedynie ślepy. Mundur Narodowej Armii Ludowej był nieco tylko zmodyfikowaną wersją munduru Wehrmachtu. Uroczystości państwowe odbywały się według wzorów z okresu III Rzeszy: przemarsze umundurowanych organizacji z pochodniami i proporcami pod „świetlistymi katedrami” z reflektorów, zaprojektowanymi ongiś przez Alberta Speera dla norymberskich Parteitagów. Nawet letnisko dla dygnitarzy NRD mieściło się w dawnej rezydencji Hermanna Göringa – Karinhall w miejscowości Schorfheide. W socjalistycznej Rumunii władze chętnie naśladowały niektóre hasła rumuńskiego nacjonalizmu z okresu międzywojennego. I odwrotnie – nacjonalistyczne ugrupowania, takie jak Partia Jedności Narodowej Rumunii (zał. 1990) czy Partia Wielkiej Rumunii (zał. 1991), pozytywnie oceniały rządy Gheorghe’a Gheorghiu-Deja i Nicolae’a Ceauşescu, a ta druga zawarła sojusz z Socjalistyczną Partią Pracy, reprezentującą najbardziej „betonowy” postkomunizm. W założeniu obu ugrupowań podejrzewano udział byłych aparatczyków i funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa; w latach 1994-1995 obie weszły też w skład postkomunistycznego rządu. W Polsce cała rzesza autorów i działaczy zaangażowanych przed wojną w niedemokratyczne idee narodowe i państwowe po wojnie znalazła się w obozie rządowym (Olgierd Górka, Piotr Dunin-Borkowski, Zygmunt Wojciechowski, Konstanty Grzybowski, Kazimierz Studentowicz Bogdan Suchodolski, Józef Winiewicz, Jan Frankowski, Bolesław Świderski, Leopold Gluck, Bolesław Piasecki i inni). Przenikliwy jak zwykle Stefan Kisielewski określał peerelowski system polityczny i jego ideologię mianem „ludowego faszyzmu”.
W dzisiejszej Rosji obóz rządowy dokonuje stopniowej rehabilitacji sowieckiego dziedzictwa historycznego, ostrożnie i powoli (m.in. obrona mauzoleum Lenina, przywrócenie tytułu Bohatera Pracy). Taka rozumna, stopniowa rehabilitacja wydaje się potrzebna także w innych państwach dawnego bloku wschodniego, zwłaszcza w Polsce, gdzie od dwudziestu pięciu lat panuje narzucony odgórnie, propagandowy obraz PRL jako zła z piekła rodem. Zachodzi potrzeba reorientacji polskiej polityki historycznej tak, by przypomnieć Polakom, że również w latach 1944-1989 nasz naród i państwo umiały się zdobyć na osiągnięcia, z których dziś możemy być dumni – i to chyba większe, niż w czasach smuty i rozkładu naszej państwowości, czyli tzw. III Rzeczypospolitej. Ani w roku 1944, ani w 1989 Polska nie wyłoniła się z próżni. Tradycja tamtego okresu jest, że tak powiem, zdecydowanie „bardziej faszystowska” od nacjonalizmu typu subkulturowego, który zażarcie próbuje ją kontestować.
Ciekawe natomiast, jaką postać może przyjąć rosyjska „walka z faszyzmem” w kontekście zapalnej sytuacji na Ukrainie i znacznego uaktywnienia się tam ugrupowań w rodzaju Białego Młota, Trójzębu czy UNA-UNSO, zrzeszonych w Prawym Sektorze.
Adam Danek, 10 kwietnia 2014
1. Termin „quangokracja” powstał na gruncie brytyjskim i oznacza duży udział w polityce organizacji pseudo-pozarządowych (quasi-non-government organisations, quasi-NGO’s), które przy pomocy oficjalnego statusu „organizacji pozarządowych” udają niezależne ośrodki i inicjatywy obywatelskie, a naprawdę żyją z pieniędzy publicznych (ich działacze, a przynamniej kierownicy też), przekazywanych im pod pozorem różnych dotacji, subwencji, dofinansowań czy grantów, często wskutek decyzji lub zabiegów polityków, z jakimi dane stowarzyszenie jest powiązane. Organizacje pseudo-pozarządowe są przeważnie powoływane jako zaplecze dla poszczególnych partii politycznych lub konkretnych polityków. Na polskim gruncie jako przykłady quangos wskazać można: Fundację Instytut Studiów Strategicznych związaną z senatorem Bogdanem Klichem, Fundację Republikańską posła Przemysława Wiplera, Fundację Amicus Europae Aleksandra Kwaśniewskiego, Stowarzyszenie Studenci dla Rzeczypospolitej rodziny Kurtyków czy trudne już w tej chwili do zliczenia przybudówki PiS: Instytut Jagielloński, Instytut Kościuszki, Instytut Sobieskiego itd. Quangos zajmują się z reguły tematami, na które najłatwiej dzisiaj wyłudzić od państwa pieniądze, a więc promowaniem demokracji, integracji europejskiej, tolerancji, „społeczeństwa otwartego”, „nowoczesnego patriotyzmu” „obroną praw człowieka” i tym podobnymi bzdurami.
2. http://www.nacjonalista.pl/2014/04/01/rosja-stachanowcem-walki-z-faszyzmem-w-europie/
3. Jej tytuł stanowił wyraźną aluzję do hasła rzuconego w XIX wieku przez słowianofila Konstantina Aksakowa (1817-1860), który w memoriale „O kwestii wschodniej” (1854) wzywał rosyjski rząd do rozpoczęcia „świętej wojny” przeciw Turcji i sprzymierzonym z nią państwom zachodnioeuropejskim dla wyswobodzenia wszystkich Słowian żyjących pod bisurmańskim panowaniem.
3. Przeł. Anna Szafranek.
